STANISŁAW NOWORYTA
Urodzony w Linz nad Dunajem (DurchsgangLager 39, KZL Mauthausen) rocznik 1943.
Jaworzanin z dzieciństwa i młodości,
bielszczanin z dorosłości.
Robotnik fizyczny w bielskim przemyśle włókienniczym, pracownik umysłowy, członek dyrekcji w ZPW Wega w Bielsku-Białej,
W trakcie pracy zawodowej kończy: liceum ogólnokształcące, studia prawnicze i studia podyplomowe. Pracuje do 71 roku życia. Obecnie na emeryturze.
Publikacje książkowe:
„Wizerunek z Pamięci” (1989), „Puch Ostu” (1992), „Demony Lechistanu”( 1997), „Beskidnicy” (2010), „Dziennik dra Rudolfa Lubicha,Niemieckiego Bielszczanina, z lat 1939 – 1941” ( 2023).
Jeden z lektorów filmu dokumentalnego pt. „Śmierć wyspy Niemieckiej”.
„Chodźmy na łąki nad Schodnicą”, WFW – Warszawa 2025
(fragment powieści)
Pociąg zatrzymał się. Wagony obowiązkowo stuknęły się buforami, otwarto okna, bo wyjść z wagonów będzie można dopiero na Specjalnym Punkcie Etapowym Zachodnim w Dziedzicach. Empi zadbali, by nikt nie opuszczał pociągu. Pod otwarte okna podjechały kuchnie polowe. Spod fruwającej na wietrze chmary biało-czerwonych flag odczytali nazwę stacji: Zebrzydowice.
– Jezu! Jesteśmy w kraju! Witaj Polsko!
– Nie, nie wierzę, że wróciłem! – Od lśniących oczu zrobiło się jaśniej.
– Sobota to najpiękniejszy dzień w moim życiu.
– A dla mnie niedziela.
– Za godzinę będziesz miał swoją niedzielę.
– Dlaczego „swoją”? Nie pójdziesz jutro podziękować Bogu za powrót?
– Najpierw niech on mnie przeprosi za pięć lat lagru.
– Nie bluźnij!
– A ty nie pieprz!
– Rany boskie! Dziś dwudziesty trzeci?
– Tak. Jeszcze przez trzy kwadranse. Mam dwadzieścia trzy lata i dwudziestego trzeciego listopada, czterdziestego szóstego roku (dwa razy dwadzieścia trzy) wracam do kraju, ale nie do domu. Czy ja go kiedykolwiek zobaczę? Co z mamą, Julią, Jaśką?
Sceneria i powitanie na dworcu kolejowym w Dziedzicach były podobne, chociaż tłum repatriantów już był mniej podatny na ceremoniał. Tuż po opuszczeniu pociągu harcerze miejscowego hufca kierowali repatriantów zgodnie z dipisowską kategorią, do odpowiedniej kolejki odprawy paszportowej.
– Ośrodek Caritasu jest w pobliżu, dojdzie pani w prawo i pierwszą bocznicą w lewo. Za pięć minut będzie pani na miejscu. Chyba, że pani zaczeka, za pół godziny mogę pójść z panią.
– Nie, dziękuję. Pójdziemy sami. Jesteśmy zmęczeni. Niewiele spaliśmy.
Jeszcze raz podziękowała pielęgniarce, która zawróciła do Izby Chorych. Z maluchem na ręku, z torbą i dużą walizą w drugiej ręce podreptała we wskazanym kierunku. Po przejściu na drugą stronę ulicy, ale jeszcze w pobliżu stacyjnych zabudowań, podeszło do nich dwoje młodych ludzi z zapytaniem, które brzmiało niczym propozycja:
– Do ośrodka Caritasu? Pomożemy!
– To gdzieś tu blisko. Dziękuję. Dam radę.
– No to pomożemy.
Uprzejmie, ale nadzwyczaj stanowczo, wyciągnęli z jej ręki walizkę i szybko pobiegli z nią przodem. Krzyknęła, by zaczekali, bo nie nadąża, ale jej wołanie wywołało skutek odwrotny. Obie postacie uskoczyły w bok i zniknęły w najbliższej przecznicy. Listopadowe ciemności rozdarł przeraźliwy krzyk Halinki, gasząc błyskawicznie nieliczne okna. Pustymi uliczkami pohulał wiatr i nieco przytłumił histeryczne zawodzenie ograbionej nieszczęśnicy, bezskutecznie wzywającej pomocy. Na różne sposoby ojczyzna witała rodaków.
