Archiwum 2014

5 Mar

Archiwum 2014

WALNE ZEBRANIE SPRAWOZDAWCZO-WYBORCZE

 

 

Wigilia u Literatów

Spotkanie Wigilijne członków i sympatyków Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

Joanna Rzodkiewicz, Dariusz Klimczak, Marzena Pierścionek

 

__________________________________________________________________________

PLAKAT_DotykAniola (1)

 

 

______________________________________________________________

 

———————————-

 

____________________________________________________________________

 

 

 

__________________________________________________________________________

 

 

od lewej: Joanna Krupińska-Trzebiatowska, Danuta Sułkowska, Ignacy Fiut

Danuta Sułkowska i Justyna Sułkowska – krytyk literatury

——————————————————————————————————–

 

 

 

 

Marta Patena i Joanna Krupińska-Trzebiatowska

10294275_800792749967681_4649687328853882782_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Rozmowa Wierszami :
Joanna Krupinska-Trzebiatowska i Janusz Jutrzenka-Trzebiatowski

25 września 2015 w GALERII TAKT W WIEDNIU

prowadzenie : Bolesław Faron

__________________________________________________________________

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krakowska Noc Poetów 2014

26 czerwca 2014 · · Miejsce wykonania: Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”

 

XLII Almanach Krakowska Noc Poetów 2014 z udziałem:
– Poetów należących do Krakowskiego Oddziału Związku Literatów
– Poetów należących do Koła Młodych Pisarzy przy KO ZLP
– Zaproszonych Gości
recytacje:
– Autorzy – wiersze własne
– Grażyna Syrzistie – Scena A2 (Zakopane) – wiersze Jurka Tawłowicza
autorska piosenka poetycka z udziałem Vladimira Stockmana – mini recital ballad Bułata Okudżawyprowadzenie: Magdalena Węgrzynowicz-Plichta
Wladimir Stockman

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

JUBILEUSZ PRACY TWÓRCZEJ JACKA MOLĘDY

W dniu 19 marca 2014 r. w Piwnicy Literackiej Hotelu Rubinstein przy ul. Szerokiej 12 w Krakowie odbył się jubileusz pracy twórczej członka KO ZLP, dr. nauk humanistycznych Jacka Molędy, połączony z prezentacją jego poezji z tomów: „Horyzont zdarzeń” i „Wyszedłem po chleb”.

W nastrojowym klimacie piwnicy prezes K0 ZLP Magdalena Węgrzynowicz-Plichta przywitała przybyłych na uroczystość gości oraz szanownego Jubilata wręczając mu list gratulacyjny wraz z piękną wiązanką goździków oraz życzeniami dalszej owocnej pracy twórczej i kolejnych jubileuszy.

Obszerne i wnikliwe słowo krytyczne o Autorze, wygłoszone przez dr. Dariusza Klimczaka, przybliżyło zgromadzonym sylwetkę artystyczną Jacka Molędy, jak również mało nam – jak okazało się – znaną twórczość autora „odtąd-dotąd” z uwagi na jego odległe miejsce zamieszkania, które utrudnia częstsze kontakty ze środowiskiem krakowskich kolegów z oddziału. Jacek Molęda mieszka w Raciborzu, co – podkreślał dr Klimczak – sytuuje go w plejadzie twórców pogranicza.

Po słowie krytycznym, oddano głos Jubilatowi i nastąpiła bogata prezentacja poezji z tomów wydanych od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Utwory wybrzmiały w interpretacji samego twórcy oraz Magdaleny Węgrzynowicz-Plichty i Roberta Marcinkowskiego, który również oprawił spotkanie wokalnie, śpiewając kilka tekstów przy akompaniamencie gitary. Kilkakrotnie podczas recytacji nagradzano wiersze Jacka Molędy gromkimi brawami. Otrzymał je m.in. tytułowy utwór z tomu „wyszedłem po chleb”; warto go zacytować w całości:

wyszedłem po chleb

kiedy zachorowała mi matka

spakowałem się

i jak zwykle wyszedłem po chleb –

zawsze starałem się jej dogadzać a

dla niej i tak najważniejszy zawsze był ojciec

choć to ja cały czas byłem w domu…

mnie potrzebowała tylko po to by

chleb był na stole kiedy ojciec wróci –

czasami byłem naprawdę głodny ale

wiedziałem że był dla niego i

bałem się ruszyć

on najczęściej albo siedział albo już nie żył

a kiedy wreszcie stawał w drzwiach albo go na nich wnieśli

rozprawiał matce o intrygach sąsiadów

i długu wobec dziadków

i o krwi którą musi go spłacić…

matka uspakajała go wtedy

snując opowieści o wnukach

i ich szczęśliwym życiu – kiedy już będą…

o mnie nie rozmawiali wcale

ona czekała wyłącznie na ojca

gotowała bandaże a potem zwijała jak szalik

którego nigdy nie miałem

a kiedy przeziębiłem się i dostałem gorączki

poszła do apteki ale przyniosła tylko jodynę

by ojcu szybciej goiły się rany

i znów mógł nas zostawić…

zawsze wychodząc spoglądał wstecz

matka z kolei przed siebie

nawet przez łzy nie zauważała że

stałem obok

Dom z wolna zapełniały pamiątki po ojcu

w szafach podziurawione mundury wszystkich armii

na ścianach zdjęcia jego nagrobków i bitew

i dziwny zegar który odmierzał godziny wspak…

matka uczyła mnie jak usuwać z nich kurz –

a gdy mówiłem że muszę do szkoły

odpowiadała że to ważniejsze i że

lada dzień ojciec wróci

więc kiedy zachorowała mi matka

spakowałem się

i wyszedłem jak zwykle po chleb

złapałem pociąg potem tramwaj samolot i metro…

był tylko tostowy

ale zdecydowałem się kupić i jej wysłać

wierzyłem że może wtedy

zauważy że

mnie nie ma

że zauważy że

mnie ma

i kiedy każe mi kupić jeszcze raz –

bo ojciec jada wyłącznie razowy –

zrozumie że jest też matką –

a nie tylko żoną ojca –

czyli ojczyzną

Niesłychanie skromny Jubilat w odpowiedzi na pytanie o najbliższe plany literackie zdradził, że będzie to praca nad przekładem poezji angielskiej na język polski i odwrotnie. Oczywiście nie zaniedbując twórczości własnej i rodziny.

Na zakończenie części oficjalnej Jacek Molęda podziękował serdecznie Zarządowi KO ZLP za zorganizowanie jubileuszu, złożył na ręce prezes Magdalenie Węgrzynowicz-Plichcie bukiet czerwonych róż i zaprosił wszystkich na jubileuszowe smakowite wino. Ksiązki, które ze sobą przywiózł zostały rozchwytane przez obecnych w piwnicy gości. Do godz. 21. z minutami trwały rozmowy kuluarowe, Robert Marcinkowski zaśpiewał jeszcze kilka piosenek, co zostało uwiecznione przez niezawodnego fotografika Andrzeja Makucha jak również przez naszą koleżankę -skarbnik Joannę Rzodkiewicz.

tekst: Irena Kaczmarczyk

foto: Joanna Rzodkiewicz

Kraków, 20.03.2014

 

 

Dariusz Piotr Klimczak

Granice poetyckiej wyobraźni homo molendariusa. Twórczość poetycka Jacka Molędy (Zapiski jubileuszowe)

Jak daleko sięgają granice poetyckiej wyobraźni? To pytanie można zadać analizując twórczość poetycką Jacka Molędy1.

Rok 2014 jest dla poety szczególny, 11 lutego jego poetycki duch obchodził półwiecze inkarnacji w powłokę cielesną, zaś w marcu (dokładnie w św. Józefa – przeczystego Opiekuna Dziewic) jubileusz 30-lecia twórczości zorganizowany przez Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich, którego jest członkiem.

Debiut poety przypadł zatem na chude i zgrzebne latach PRL-u, tego najweselszego baraku ponurego obozu socjalistycznego pod egidą ZSRR (czyt. zesrru). Jubileusz zaś w tzw. III Rzeczypospolitej, tej hybrydy powstałej z postkomunistycznej i postmodernistycznej – posługując się językiem Witkacego do rymu –„brzydy”. Wyrosły w tym kontekście historycznym poeta nie mógł nie sięgnąć do eksperymentów poezji lingwistycznej spod znaku Mirona Białoszewskiego czy Witolda Wirpszy czy nawet dotknąć poetyki absurdu. Musiał także przejść swoje transformacje i przemiany.

Zwrócenie uwagi na wieloznaczeniowość słów i zestawienie ich w taki sposób, aby tworzyły nowe, zaskakujące sensy – to w istocie podstawowy mechanizm tworzenia poezji, który śmiało wykorzystał poeta u progu swojej twórczości i doskonale przetwarza dalej. Poeta wstąpił na lingwistyczny Parnas już w debiutanckim tomie słynnym wierszem Myszanoja, nieodmiennie przywołującym Myszeidę czy inne asocjacje związane z takimi słowami, jak: paranoja, heroja, mitoja:

Przewzroczyłem już wszystkie zaszafia,

Rozswetrzyłem się i podkołdrzyłem –

Rozpapierza się ma cudografia –

Pół zeszytu zadługopisiłem.

Coś na moim podłóżczu chrobocze,

Roztuptały się mroczne przyściania…

Diabli wzięli me śniątka prorocze!

T u s ą m y s z y – i nici z pisania.

Chodźcież tutaj, drapiszki szarawe,

Ja was zaraz odłapczę, odgłowię!

Do mnie, mychy, myszciowe starawe,

Tu, myszatki i mysi panowie!

Mysipunki, czcigodne mysice,

Wy myszurwy i wy, myszenerzy!

Znajcież moje zamiary zbrodnicze!

Dostaniecie, co wam się należy!

Powdziurzały się chude ogony,

Przycupnęły myszliwie po kątach,

A ja jestem straszliwie zmysiony –

Idę spać, choć dopiero mysiąta”.

(Myszanoja, z tomu Świadectwo poezji2, s. 41)

Dalszy poetycki rozwój Molędy wiedzie jednak przez odkrywanie potoczności i codzienności oraz czasowości doświadczenia egzystencjalnego w prozaicznych sytuacjach ludzkiego bytowania jako punkt wyjścia literatury. Tak oto poeta daje świadectwo tożsamości (vide: tytuł debiutanckiego tomu), tożsamości poetyckiej i egzystencjalnej właśnie, która ma swoje indywidualne i oryginalne piętno, co śmiało nazwać możemy: molędyzmem (egzegezy tego terminu dokonam nieco dalej). Molędyzm przeszedł więc swoją ewolucję: od stylu lingwistycznego po eksperymenty pokolenia „brulionu”, wracając w wielkim stylu do rudymentów języka poezji, czyli zdziwienia i uwielbienia.

Stąd też poezję Molędy warto umieścić w szerokim kontekście, na początku była to fascynacja szkołą nowojorską spod znaku Franka O’Hary, której w końcu korzenie czy kłącza przebiły się do tradycyjnej, a poprzez to i wiecznej, Ars poetica. Molęda nie używa jednak bezpośrednich i obcesowych środków wyrazu, skupia się bardziej na obserwacji zastanej rzeczywistości, esencji świata. Na naszym gruncie Molęda mógłby iść tu w szranki z poezją mu współczesnych, Marcina Świetlickiego, Jacka Podsiadły, Miłosza Biedrzyckiego i innych. Spójrzmy chociażby na świat poetycki, jaki tworzy podmiot liryczny:

myśl niby-lotna miast kreślić neon

mozolnie pnie się ku

samotnemu dalekiemu światłu

budowlanego dźwigu…”

(obserwatorium, z tomu Horyzont zdarzeń3, s. 54)

czy wcześniej w debiutanckim tomie w wierszu Tożsamość:
„ja nigdy nigdzie o nic nie pytałem

Sam odpowiadam

I na-przekór-jestem” (Śt, s. 46).

Ale oprócz świadectwa poetyckiej tożsamości są też zmagania się z makrokosmosem i mikrokosmosem. W sumie jest to papierek lakmusowy każdej poezji, pokazujący, czy mamy do czynienia z kwasem czy z zasadą. Poeta zmaga się z zagiętą przestrzenią, horyzontem zdarzeń, regułą nieoznaczoności Heisenberga, próbując odnaleźć zasadę wszechświata:

niech pan powtórzy

panie Heisenberg

głupcom brodzącym w niewczorajszej rzece

że albo można napisać list

albo odwiedzić cmentarz

że powrotów nie ma

że tęsknota to tylko

niezrozumienie właściwości

czasu i przestrzeni”

(Zasada nieoznaczoności, Hz, s. 60).

Chce także, już nie po Mannowsku, zrozumieć tajemnicę głębi i wspomnień – jedynego raju, jak twierdził Tomasz Mann, z którego nikt nas nie wypędzi i którego nigdy nie utracimy – a które jednak w poezji Molędy stały się odpadem, jak w wierszu biodegradacja:

wspomnienia to takie

odpady –

te zwykłe przetwarzamy

dzieciom na bajki

te toksyczne próbujemy

w czymś utopić

ale są też takie które

promieniują

i nie wiadomo co z nimi

zrobić

kiedy tak świecą

po nocach”

(Wpch, s. 11)

Jako się rzekło, wiele jest w tej poezji zmagań z naturą wszechświata, kosmosu, aczkolwiek poetycka luneta Molędy nie wypatruje gwiazd, lecz stara się dotrzeć do istoty istnienia, esse. Jest to swoista poetycka wersja kreacji już nie ex nihilo jak u św. Tomasza (znaczący wiersz Ex nihilo4), ale kreacji z wariacji na zadany temat z życia codziennego:

Ex nihilo

szukaliśmy materiału na nasz świat

z drewna wystrugaliśmy kołyskę i wyciosaliśmy machiny tortur

kamień obróciliśmy w obronne mury i więzienne lochy

strzeliły w niebo ceglane gotyckie katedry ale i kominy Auschwitz

papier wydał listy miłosne i wyroki śmierci

tworzywo sztuczne zmieniło się w Barbie i semtex…

Bogu było o wiele łatwiej –

musiał tworzyć

z niczego”

(Wpch, s. 28)

czy w innym wierszu może narodzenie zatytułowanym przewrotnie na zasadzie asocjacji do „Boże”:

być może jednak tak najzwyczajniej

pod nocną lampką

ze spopielonego zdziwienia ćmy

z potrzeby co starła pył z modlitewnika

z uporu kapci trących o dywan

z rozsądku co zmęczony ziewnął

z pragnień łyżeczki brzęczących o spodek

z ciekawości co błysnęła w okularach

urodził się

mały wszechświat

(Wpch, s. 75)

Molęda tworzy więc poetyckie divertimenta, concerti grossi z okruchów, pyłków, kapci, lewego i prawego boku, dywanu, który nie poleciał, znajomej faktury, która opowiada historię, pstrokatych patchworków, znienawidzonego przeze mnie „pejs zbuka”, komórki bynajmniej nie na węgiel, krainy pit bullli i land roverów etc. etc. Można pomyśleć, że to są wszystkie poetyckie rupiecie, gadżety i oharyzmy Molędowego inwentarza odnalezione na śmieciowisku współczesnego świata.

Nic bardziej mylnego…

Poeta miota się od Rzymu do Krymu, od ściany do firany, od gaci do maci, z zastrzeżeniem, iż nigdy nie będzie to krzywa mać (z łac. curva, curvatus), chociaż w jego tekstach występuje krzywa Bernoulliego. Podmiot liryczny zanurzony w świat już nie oddziałuje na byty, to byty (a w zasadzie przedmioty, choćby „tworzywo sztuczne, […] Barbie i semtex”) oddziałują na niego. To zanurzenie się w reifikację bez odniesienia do prawdziwego źródła bytu i bytowania spowodowało całkowite zaabsorbowanie codziennością, a także sztucznością. Poeta explicite artykułuje, iż człowiek współczesny żyje jedynie teraźniejszością, swoją podstawową troskę kierując ku temu, co pozwala przetrwać.

Czy jednak „homo molendarius” wydany na łup masowości, uprzedmiotowienia, uzależniony od bezosobowego „ja“, semtexu, błąka się  po bezdrożach? (Post scriptum: zastosowałem tu celową grę znaczeniami: Molęda/molendarius – z łac. „młynarz” [nb. termin dookreślony tak przez Dariusa piszącego te słowa] – eo ipso: poeta mieli w języku poezji wszystkie przedmioty, motywy, toposy współczesności).

Nic bardziej mylnego…

Poeta zna swoją wrażliwość, chce drapać grzbiet „Baraniej Góry” (Tu, gdzie dla mnie, albo kamień z serca, Śt, s. 47). Na szczęście z tej walki pomiędzy Scyllą solipsyzmu a Charybdą uprzedmiotowienia wychodzi zwycięsko i odnajduje upragniony przez Arystotelesa, Senekę, Horacego… aurea mediocritas (z łac. „złoty środek”), jak zwykle – jak Mojsze i inni – na górze, chociażby na szczycie Pradziada czy Śnieżnika:

bardziej niż łuki bram i sklepień katedr

zajmują mnie wygięte pnie i konary drzew

wzdłuż szlaków na

Pradziad i Śnieżnik”

(Równoleżnik)

Notabene, daleka tu asocjacja do Ildefonsa, który widział w pniach drzew wysokie gotyckie sklepienia katedr, tutaj też molędyzm przybliża się do stafizmu – przypomnijmy: „O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa” (L. Staff, Wysokie drzewa). Poeta szuka zatem swojej góry przemienienia, góry Tabor, swojego Synaju, szczytu Mont Blanc. W poezji Molędy słychać dalekie echa romantycznej walki o ocalenie indywidualności. Raciborski poeta woła podobnie jak Kordian w wielkim monologu:

Próżno myśl geniuszu świat cały ozłaca,

Na każdym szczeblu życia – rzeczywistość czeka”.

Nie, nie… nie dajmy się zwieść tej postromantycznej poetyce, temu Kordianowemu pogłosowi. Molędowy bohater liryczny nie ciska swoimi tablicami, nie rzuca się w przepaść i nie strzela sobie w skroń. Ma jednak świadomość kreacyjnej i destrukcyjnej funkcji słowa, ewokując, iż: „słowo wkręca się podmuch wiatru / myśl wrasta w korzenie trawy […] i przede wszystkim – / umie zabijać” (wiersz stworzenie góry, Wpch, s. 23). Natomiast w wierszu Rozmowa z Maćkiem homo molendarius twierdzi, iż chce być domknięty, a przez to naznaczony harmonią i relacją z osobą, a więc dialogiczny:

nie lubię otwartych spraw /

wszystko trzeba będzie podomykać /

i pokażę synowi Kraków”

(Rozmowa z Maćkiem, Wpch, s. 59).

Odrzuciwszy materialną i immanentną otoczkę, symbolikę codzienności (to swoisty prezentyzm molędyzmu), w której bytuje jego liryczny podmiot, a w której pławi się świat przedstawiony, poeta transcenduje ku temu, co Heidegger nazywa istotą człowieka, a co dopełnia Prześwit, owe Lichtung, w języku metafory pojawiający się u Molędy jako szwy i ścieg, jak w wierszu patchwork :

zszywam nachalnie szorstką jawę

z wyrafinowanie gładkim snem

przetykam zwiewną pajęczynę ducha

konopnym sznurem materii

i żyję wzdłuż szwów oraz ściegów

bo prościej

i inaczej się nie da”

(Wpch, s. 7)

Istota“ w rozumieniu Molędy jest zbiorem trwałych, niezmiennych jakości ontycznych jak: wolność, rozumność, nieśmiertelność, ale przede wszystkim wyobraźnia, której nie stawia granic. „Istotę“ tę należy jednak raczej określać po heideggerowsku, jako sposób bycia, źródło, pierwotność, rudymenty. Stąd też w poezji Molędy pojawiają się wątki egzystencjalne i aspekty wspólne, rudymentarne dla człowieka, jak: radość, ból („odłamek lustra w oku”, jak w wierszu nie z Twojej bajki, Wpch, s. 89), praca, zabawa, które nakierowują nas bardziej na to, co zmienne, płynne, ale też „istotne“ dla człowieka. Władza, śmierć, lęk – jako nieodzowne dla istoty Dasein, są jakby nieobecne u Molędy, skrywają się za zasłoną codzienności, reifikacji, zabawy słowem, metaforą. Poeta nie epatuje swoim Weltschmertzem, chociaż ma świadomość wrzucenia w byt (Geworhenheit), co oddaje za pomocą wszystkich lejtmotywów bytowania: „krainy pierwszych (teraz wiem już że niemożliwych) – wzlotów”, jak wskazuje w bardzo udanym wierszu pt.Jabłoń z omawianego tu tomu Wyszedłem po chleb:

 

kiedyś w bardzo wczesnym dzieciństwie

na naiwnie szczerym polu

cisnąłem ogryzkiem w księżyc –

chciałem przeszyć płachtę nieba

i na pucułowatym obliczu

wyżłobić wyraźny jak siniec

krater –

wielki jak moje nazwisko

po latach odnalazłem to miejsce –

krainę pierwszych

(teraz już wiem że niemożliwych) wzlotów –

i tylko pojąć nie mogłem

skąd

na środku pustego pola

wzięła się

całkiem dorodna

na oko czterdziestoletnia

i ciągle bezimienna

jabłoń”

(Wpch, s. 5)

 

Najbardziej mistrzowskim środkiem poetyckim Molędy jest oksymoron, figura sprzeczności, paradoksu, zasada „odwróconego banału”: mamy tu obły symbol nieskończoności (tytułowa lemniskata, np. Bernoulliego, Botha, Gerona) na prostokątnej kartce papieru, w dodatku w kanciastej szufladzie biurka. Chyba nie potrzeba wielu fluktuacji kory mózgowej, aby zrozumieć te wszystkie molędyzmy, krzywe, lemniskaty, krzywe eliptyczne i hiperboliczne, antynomie i sylogizmy poetyckie przemielone w języku wyobraźni poetyckiej przez poetę-młynarza, homo molendariusa

Lemniskata

Życie jest prostą –

poręcz ruchomych schodów w galerii handlowej

przeciągnięcie karty płatniczej przez czytnik

szew rękawa marynarki na cztery guziki

linia ulubionych perfum na pokładzie samolotu

prowadnica w bramie na pilota

krawędź marmurowej posadzki w hallu

fugi między kafelkami w łazience

kant dębowego biurka w gabinecie

Więc po co komu

kręta górska ścieżka

wypukłość policzków

łuk bioder

pochylenie trawy

wygięcie szyi

zawiłość strużki potu?

I co robi symbol nieskończoności

na prostokątnej kartce papieru

w kanciastej szufladzie dębowego biurka?”

(Wpch, s. 63)

Z owej gimnastyki mózgu mogłoby wyłonić się jednak pojęcie pierwotne geometrii euklidesowej, czyli prosta „odtąd – dotąd”, bowiem „życie jest prostą” – jak ewokuje podmiot liryczny. Per saldo, poeta swojego poetyckiego równania jednak nie rozwiązał. W ten sposób poszerzył granice poetyckiej wyobraźni, zdziwienia – jak czterdziestoletnią (40 = kabalistyczny symbol wielości) jabłonią wyrosłą na środku pola. Skoro bytowanie na planecie Ziemia jest naznaczone zbyt skomplikowaną matematyką rodzącą więcej pytań i równań z wieloma niewiadomymi, to dla poety pozostaje ciekawość, ale i gest wzniesienia rąk, rozpostarcia skrzydeł, odwieczny ikaryjski motyw lotu:

odtąd – dotąd

pamiętam:

wolność jest na rozpostarcie rąk

wolność jest na rozpostarcie skrzydeł

wolność jest na rozpostarcie myśli…

pamiętam:

stara kobieta

artretyczną dłonią

szarym piórem domowego ptaka

na przypadkowy kawałek brudnego papieru

zmiotła ją całą

wyuczonym gestem

nie wzbijając kurzu

zakrywając i tak nie napisane wersy

odtąd – dotąd”

(odtąd – dotąd, z tomu odtąd – dotąd5, s. 49)

Poeta ma świadomość ograniczenia ludzkiego losu, jego zakotwiczenia w technice i technicyzacji, przede wszystkim widzi jednak to, co daleko wykracza poza immanencję i teraźniejszość. Technika, która  pierwotnie służyła  odkrywaniu prawdy o świecie, teraz spełnia rolę służebnicy potrzeb i użyteczności. Wyobcowanie, które dotknęło człowieka, popycha go do podporządkowywania sobie świata, do władania, bycia panem bytu – jak twierdził autor Sein und Zeit. Na przekór Heideggerowi Molęda idzie ścieżką udeptaną przez wieki tysiącem stóp pielgrzymów, a która przywraca utracony kraj lat dziecinnych, który jak wiemy na zawsze ostanie „czysty i świeży jak pierwsze kochanie”:

i stanęliśmy –

ogłupiali jak serbskie działa

przed pastelowym drewnianym płotkiem

który tylko konikowi polnemu wolno pokonać…

pośród traw

których źdźbła tylko motylom wolno uginać

na ścieżce

którą tylko dziecięca ciekawość

potrafi wydeptać

(Zmajski most, Wpch, s. 33).

Podsumowując spotkanie z niezwykle skromnym i utalentowanym Poetą i jego bardzo dobrą – esencjonalną (pytającą o esse) poezją warto przywołać ostatni komunikat o stanie wód głównych rzek i nurtów Polski: w Raciborzu-Miedoni stan wody Odry układał się głównie w strefie wody niskiej, zaś stan wyobraźni poetyckiej – za sprawą Jacka Molędy – układał się w strefie poezji wysokiej. Bravo!

Na następne półwieku i całe wieki: Ad multos annos! Vivat poeta!

1 Jacek Molęda urodził się 11 lutego 1964 roku w Raciborzu. Z wykształcenia anglista, doktor nauk humanistycznych, obronił rozprawę doktorską na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Ostrawskiego. Wykładowca Instytutu Neofilologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu i nauczyciel I Liceum Ogólnokształcącego w Raciborzu. Członek Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Debiutował w 1984 r. na łamach “Tak i Nie”. Poeta, pisze felietony, tłumaczy współczesną poezję czeską. Do tej pory przełożył zbiór wierszy „Radobyl” Jiřígo Daehnego (Krnov, 2010), „Krajobraz w samotności słowa” Miroslava Černego (Opava ,2012) i „Jesteś moim signifié” Libora Martinka (Krnov, 2010). Stały współpracownik (felietonista) „Almanachu Prowincjonalnego”. Jego wiersze ukazały polskich i czeskich antologiach, almanachach i czasopismach literackich, m. in. po polsku i przekładzie Václava Buriana na język czeski, w polsko-czeskiej antologii „Od słowa ke slovu” (2003) oraz w znanym czeskim czasopiśmie literackim Psí víno w przekładzie Libora Martinka. Do tej pory wydał pięć zbiorów wierszy: „Świadectwo tożsamości” (Racibórz 1995) (debiutancki tomik, ze słowem wstępnym Andrzeja Krzysztofa Torbusa), „Małe światy” (Racibórz 1999), „odtąd – dotąd” (Racibórz 2001), „Horyzont zdarzeń – Obzor událostí” (Krnov 2010) i „Wyszedłem po chleb – Šel jsem pro chleba” (Krnov 2013),

(dwa ostatnie w przekładzie Libora Martinka na język czeski). Biogram ze strony: www.zlp-krakow.pl

2 J. Molęda, Świadectwo tożsamości [skrót: Śt], Wyd. „Nowa”, Racibórz 1995.

3 J. Daehne, J. Molęda, Radobýl, Horyzont zdarzeń [skrót: Hz], Městská knihovna v Krnově, Krnov 2010.

4 J. Molęda, Wyszedłem po chleb (Šel jsem pro chleba) [skrót: Wpch], tł. L. Martinek, bnw, Krnow 2013.

5 J. Molęda, odtąd – dotąd, Wyd. „Omnia”, Racibórz 2001.

__________________________________________________________________________

_________________

 

Andrzej Walter

TY JESZCZE WCALE NIE UMARŁAŚ …

( Niniejszy tekst powstał pod wpływem poezji Andrzeja Krzysztofa Torbusa,

i ofiaruję go Pamięci: Anny Kajtoch, Ryszarda Rodzika i Mojej Babci – Jadwigi. )

Życie jest przecież tuż obok. Na wyciągnięcie ręki. Zaczyna się, albo kończy, ale najczęściej sobie trwa i pochłania nas bardziej niż byśmy tego chcieli. Pochłania nas tak, że aż przestajemy dostrzegać człowieka obok nas. Człowieka z krwi i kości, człowieka z duszy. Człowieka realnego, czasem smutnego, czasem radosnego, któremu pisany jest przecież ten sam Los, co i nam.

Obejrzałem niedawno film Wiesława Saniewskiego z 2006 roku pod tytułem „Bezmiar sprawiedliwości”. Akcja filmu toczy się głównie w sali sądowej, w prokuraturze i kancelarii adwokackiej. Opisane w scenariuszu zdarzenia inspirowane są prawdziwą historią, która miała miejsce we Wrocławiu na początku lat dziewięćdziesiątych. Dwudziestopięcioletnia dziennikarka telewizyjna, będąca w ósmym miesiącu ciąży, została zamordowana. Policja aresztowała jej kolegę z pracy, trzynaście lat starszego, żonatego i posiadającego rodzinę realizatora telewizyjnego, z którym od ponad roku była związana. Mimo że prokuratura nie przedstawiła żadnych dowodów bezpośrednich, mężczyzna został skazany, a później ułaskawiony. Współautor pomysłu na scenariusz, adwokat Andrzej Malicki, był jednym z uczestników procesu. Skazanego (jak się okazało niesłusznie) na 25 lat więzienia – zagrał Artur Żmijewski.

Film opowiada tę historię zajmująco, z trzech różnych perspektyw widzenia – adwokata, prokuratora i sędziego. Dość głęboko wnika w psychikę bohaterów. Jednak kulminacją i ostateczną puentą filmu jest przejmująca scena, kiedy młody prawnik oferuje niesprawiedliwe skazanemu, u schyłku jego życia – po odbyciu zasądzonej kary – właściwą prawdzie rehabilitację. Spotyka to naszego bohatera na szpitalnym korytarzu, siedzącego z głową w dłoniach, o zmroku, kiedy najprawdopodobniej towarzyszy swojej najbliższej, umierającej właśnie osobie. Długo spogląda na tego młodego prawnika, rozważa jego słowa, po czym prosi go, aby odszedł i nie proponował mu tego ponownie. Widząc niepomierne zdziwienie, wręcz szok, na twarzy ambitnego jurysty, otwiera drzwi szpitalnej sali, na której leży ktoś pod kroplówką i wskazując tę scenę, rzuca jakby w eter: – Oto jest cała prawda o naszym, … o moim i twoim życiu!

Cała prawda o naszym, twoim i moim życiu… kończy się na szpitalnym czy domowym łóżku i czeka … na Koniec. Ta prawda, która właśnie leży tam: w ciszy, wielkim opuszczeniu, zalęknieni i … umiera. Jak w przyszłości – Ty czy ja …

Uwierzcie. Dreszcz przechodzi człowieka. Przejmuje go na wskroś, uzbraja mimowolnie w ten odwieczny nasz lęk, lęk, z którym zakodowani rodzimy się, aby narastał przez całe życie i skoncentrował się wreszcie przed jego końcem. I całe to nasze życie to po prostu różne sposoby na radzenie sobie z nim. Różne pozy przyjęte celem obłaskawienia go, wyrzucenia poza nawias świadomości, poza siebie samego i poza najbliższe otoczenie. Ucieczka, jakby w redukcję tego strachu. Kto mówi, że go nie ma – kłamie, albo po prostu jeszcze kłamie; Oszukuje sam siebie; I nadal ucieka…

Może jest tak, że jesienne szarugi nakłaniają nas samoistnie do takich rozmyślań? Może nasze polskie, wspaniałe w wymowie, Święto Zmarłych 1 listopada stanowi ten punkt odniesienia do pamięci i przemijalności? Może warto pochylić się nad losem i przypomnieć sobie – człowieku (!) – memento Mori

Jest taki znakomity wiersz Andrzeja Krzysztofa Torbusa (bez tytułu) / z tomu Miłośniki Miłosne liryki z roku 2001 / :

od wczoraj nowe masz mieszkanie

ładnie w nim schludnie czysto jasno

zazdroszczę ciszy poobiedniej, ja

nie mogę jakoś w domu zasnąć

jak ci się mieszka? jak się wiedzie

czy nie natrętni są sąsiedzi?

wieczorem z książką w ciepłym swetrze

przy oknie pewnie sobie siedzisz

wiesz, że te plamki na parkiecie

to dzisiaj właśnie Kasia starła

bo nam się zdaje że w ogóle

ty jeszcze wcale nie umarłaś

Ten wiersz … i te słowa … bo nam się zdaje … ty jeszcze wcale nie umarłaś … Ten wiersz wdziera się w nas jakże głęboko… chyba najgłębiej jak się da, i chyba najlepiej oddaje to, co nam w się życiu przydarza. To, co przydarza się każdemu.

Był ktoś, i kogoś nagle nie ma, ale nam się wciąż wydaje, jakby był. Bo chyba i przecież jest. Chyba słyszymy jego głos, jego kroki, jego ślady, jego miłość – to wszystko wdarło się tak potężnie do naszej pamięci, aby już na zawsze w niej pozostać. Z nami pozostać. I tutaj każdy może wymienić – z imienia i nazwiska: swoją Mamę, albo swojego Tatę, albo … Babcię, Dziadka, … syna, córkę (!?) … czy też nam bliskich – Annę Kajtochową, Ryszarda Rodzika, Juliana Kawalca, Tadeusza Cugowa, Tadeusza Różewicza, Jurija Zawgordnego … i wielu, wielu innych, którzy akurat nie zagościli w tej chwili w mej ułomnej pamięci (za co przepraszam), ale też możemy „wymienić” tu nikomu nieznanego, zwykłego, szarego – ale przecież sobie najbliższego – człowieka … Ta „lista” jest właściwie wszystkim co posiadamy.

I wszystkim czy się staniemy. Może być ciągle uzupełniana. I też jest … To jest lista nieobecności. Jakże ważna i jakże wśród nas … obecna. Jakżeż niezbędna i nieunikniona. Wciąż rozszerzająca się lista wspomnień… Dziennik szkolny wywoływanych do odpowiedzi. Lecz Oni milczą. Nieodwołalnie ugaszeni, a wciąż jakby żywi, pośród nas, wciąż nam potrzebni, wciąż wskazujący Drogę, Kierunek i tęcałą Prawdę

Ktoś jednak wyciera, właśnie teraz, szkolną tablicę z ich Słów…

Oto jest cała prawda o naszym życiu.

I znów – na takie dictum – sięgnę, do ciepłej przecież i wyjątkowej na dzisiejsze czasy, poezji Andrzeja Torbusa w „Rozmowie z samym sobą” / z tomu „Nocne rozmowy” 1996 / :

Najtrudniej –

porozmawiać ze sobą

kiedy nikt nie słyszy

ile mamy

sobie do powiedzenia

oraz spojrzę do innego wiersza – wyjątkowej „Rozmowy przedostatniej” /z tomu „Ballady marnotrawnego” 1990 /

i tyle po nas

ile kot napłacze

ile piołunu

w porannych rozmowach

na czystym niebie

smuga odrzutowca

na brudnej ścianie

ślad po fotografii

i tyle po nas

ile wisi w szafie

znoszonych ubrań

butów zdartych do cna

ile w wigilię

uronionych kropel

przez mróz na szybie

odśpiewanych kolęd

i tyle po nas

ile wiatr pamięta

nic więcej

nic dłużej

nic ponad to co jest

Tak więc, teraz oto, możemy wejść w słowo poecie nostalgii i oświadczyć mu z całą stanowczością, że my jednak pamiętać będziemy, nie zetrzemy tych słów ze szkolnej tablicy, na przekór (usprawiedliwionej) nieobecności, i na przekór cieniom, wiatrom, i że nie pozwolimy umrzeć, jej – Jej – czyli Rzeczy najważniejszej, naszej Pamięci. Bo czymże byśmy bez niej byli? Miedzią brzęczącą? Cymbałem brzmiącym? A może niczym? Teraz bowiem widzimy jakby w zwierciadle, niejasno, wtedy zaś, zobaczymy twarzą w twarz …

A kiedy już wrócimy od tych nostalgii do naszego jedynego, prawdziwego i z własnej perspektywy przeżywanego życia niechaj zagości w nim pewna Jednolitość Pamięci. Coś, co pozwala nam w tym życiu trwać, budować i na co dzień podejmować każdy kolejny trud. Bez tych, którzy byli przed nami, nie byłoby bowiem nas. Bez tych, którzy byli przed nami, nie dałoby się bowiem zachować ciągłości, jakże niezbędnej do uchwycenia poczucia sensu tego niepowtarzalnego, autorskiego, że się tak wyrażę – trwania. Jedynego jakie znamy, jedynego jakie mamy – żyjąc łaskawie tu, na tej właśnie – jedynej opisywalnej poezją i dobrem -Ziemi.

A kiedy już wrócimy od tych nostalgii … nigdy, przenigdy, nie pozwólmy sobie zapomnieć po co tutaj jesteśmy. Nie po to, aby gromadzić. Nie po to, aby błyszczeć na świecznikach wydarzeń, z logo za pan brat, lecz właśnie po to, aby komuś podać rękę, aby wyciągnąć do kogoś dłoń, aby wesprzeć to wszystko … (lub kogoś), kogo jeszcze wesprzeć zdołamy…

I na koniec tych … nostalgii „Znowu wiersz do Ciebie” / z tomu Miłośniki, Miłosne liryki 2001/

Różne są sprawy – trudne, proste,

cóż – Twoja ręka ich nie zmieni.

W jedną nas stronę wiezie okręt,

jeden nas los pcha ku jesieni.

Może to źle, a może dobrze,

sprzeczne teorie o tym krążą.

A my uparcie i niemądrze

dni naszych rozcinamy jądro.

I tylko jutra się boimy,

jak małe dzieci ciemnych kątów.

Bo drogi zawiać mogą zimy,

a strach zaczynać od początku.

Wszystkie te prawdy wydają się być tak oczywiste. Tak proste, i tak odwieczne, …

i … tak jakby banalne. Są też jednak, w tej prostodusznej banalności – w naszym ciągłym biegu, w nieustannym szarpaniu się z Życiem – tak trudne do realizacji, że aż nierealne. Najtrudniejsze jakie dano nam zgłębić. I chyba, choćby dlatego właśnie, warto je rok w rok przypominać, przywoływać, na nowo otwierać. Sobie samemu i napotkanym „innym”… Jako znak ostrzegawczy, jako przestrogę, aby czegoś w tym życiu, raz na zawsze, po prostu nie przegapić … Można to uczynić właśnie wędrując meandrami Twoich (Andrzeju) zamyśleń.

Dziękujemy Ci Poeto – mój drogi imienniku, za Twoją poezję, pełną spraw najważniejszych. Potrafi ona nas bowiem przenieść w innym wymiar naszego bytu.

I jest to wymiar nieoceniony. Wymiar ziarenka piasku, na gigantycznej pustyni coraz bardziej wyschniętych słów, zredukowanych znaczeń i wypaczonych sensów. Jest to wymiar tego ziarna, któremu od zarania dziejów przyglądamy się wnikliwie, i od początku Bytu, od Wielkiego Wybuchu, z niezmienną fascynacją dostrzegamy sam prosty, najprostszy przecież fakt – że ono istnieje.

 

Prezes Związku Literatów Polskich Oddział w Kielcach Stanisław Nyczaj

SANDOMIERSKIE SPOTKANIE Z JULIANEM KAWALCEM

Nie było łatwo, ale wreszcie udało mi się w czerwcu 2006 roku przekonać Juliana Kawalca do odwiedzin Sandomierza po wielu, wielu latach. Ze szczególnym uporem wtedy dążyłem i zabiegałem organizacyjnie, by spotkał się z nami właśnie tam na plenerze literackim w swe dziewięćdziesiąte urodziny. By powrócił pamięcią do czasu młodości i spojrzał na przebytą pisarską drogę. Co ciekawe, już bardziej jako poeta, niż powieściopisarz, nowelista.

Czemu się wahał, próbował odwlec ów powrót? W notatniku ująłem w dwie wierszowe strofy próby jego telefonicznego wyjaśnienia:

Boję się, panie Stanisławie, przyjechać

na moje sandomierskie wspomnienia,

bo gdybym choć jednym słowem tam skłamał,

powstałyby z ulic mej młodości kamienie

i ruszyły ostro, twardo przeciw mnie.

Tam każdy zaułek dobrze mnie pamięta,

Każdy przeskoczony na wagary mur.

Policzone są moje odloty, przyloty,

gdy pod nogami osypywał się czas.

Urodził się we Wrzawach pod Tarnobrzegiem w widłach Wisły i Sanu, skąd przybyła na sandomierskie spotkanie grupa krewnych. Spędził tam dzieciństwo i czas okupacji, uczestnicząc w ruchu oporu i tajnym nauczaniu. W Sandomierzu ukończył gimnazjum, a po wojnie – studia polonistyczne na UJ. I zamieszkał w Krakowie, pracując jako dziennikarz w prasie ludowej. Jego pisarstwo, któremu zaczął poświęcać coraz więcej czasu, opromieniła sława. Kto nie pamięta jego opowiadań z tomów Zwalony wiąz, Marsz weselny,Szukam domu, powieści Ziemi przypisany, Tańczący jastrząb, Przepłyniesz rzekę…? Kiedy nazbyt dokuczał mu miejski smog, uciekał do drugiego domu w Rabce, by pooddychać rześkim powietrzem. Właściwie, na nic nie narzekał, może tylko na to, że trochę pogarszał mu się słuch.

Nasze spotkanie było dworne, w Zamku Kazimierzowskim, bo i gość znamienity, pierwszy laureat nowo ufundowanej ogólnopolskiej nagrody ZLP im. Jarosława Iwaszkiewicza.

Podziwiałem wówczas, ile zachował sił. Bez przystawania wszedł po wysokich schodach zamku na drugie piętro. W kawiarni przed występem autorskim na dzień dobry zażartował – tak się zebranym zdawało – że odczuwa tremę. Tylko ja wiedziałem (może też towarzysząca mu córka Ewa?), że to niezupełnie żart.

– Panie Stanisławie – uprzedzał mnie, gdy przypominałem o terminie i że burmistrz wyśle po niego i córkę samochód – miałem w życiu chyba tysiąc spotkań autorskich, ale przed tym sandomierskim denerwuję się. Na myśl o rychłym przyjeździe do was autentycznie przejmuję.

Stworzona w zamkowej kawiarni atmosfera, ów nastrój nie tyle napięcia, co naturalnego, życzliwego zainteresowania, szybko wygasiły tremę. Pan Julian zgodził się na przybliżenie mikrofonu, który w pierwszym odruchu chciał ominąć niczym przeszkodę. Gratulacjom przy powitaniu nie było końca. Rozluźnił się, coraz swobodniej, płynniej mówił:

– To, co zobaczyłem pierwszy raz, otworzywszy oczy na świat, będąc dzieckiem, teraz widzę bardzo jasno, dokładnie, dotykalnie. Im więcej lat przybywa, tym najdawniejsza moja przeszłość wyraźniej się rysuje.

I nasze wzruszenie zdawało się to potwierdzać, gdy Bohdan Gumowski z Radia Kielce czytał wybrane przez autora wspomnieniowe opowiadanie pt. Co było najpierw… W partiach początkowych z narracją w drugiej osobie:

„Jakie było twoje pierwsze dotknięcie życia, które zapamiętałeś, jaki był ten świat, który ujrzałeś najpierw, jakie były jego najwcześniejsze kolory, które nadbiegły ci do oczu […]?”

Potem już monologowe:

„Siedzę na tej płachcie [rozścielonej prze matkę na trawie – SN], patrzę na ten rozciągający się wokół mnie niziutki świat, jakby już szarawy, zielonawy. Aż tu nagle jaskrawa żółtość, prawie złocistość wpada mi w oczy. Ta żółtość zmieszana ze złocistością jest moim pierwszym wyrazistym, aż prawie do bólu w oczach zapamiętanym kolorem. Ta żółtość złocista, nie narzucająca się natrętnie szarość, niebieskość jest na granicy mojej pamięci. Jaskry, kaczeńce były pierwsze”.

Słuchaliśmy dłuższą chwilę, przywołując sobie w pamięci sugestywne opisy z Kawalcowskiej prozy. Czy w całej rozciągłości prozy? Spokrewniona z pisarzem emerytowana nauczycielka polonistka, Maria Bobek-Piotrowska, w swym szkicu odczytanym na spotkaniu ukazała, jak bardzo autor prozę nasyca liryzmem za pomocą poetyckich metafor.

Wiersze – przypomniała – zaczął publikować późno, gdyż dopiero w 1992 roku w krakowskiej „Miniaturze” ukazał się jego zbiorek Kochany smutek. Od tego właśnie momentu prozaik przeistoczył się w poetę, chociaż zawsze posługiwał się poetyckim językiem w swojej prozie. I niejako podsumowaniem dorobku prozatorskiego Kawalca stały się jego tomiki wierszy, po wymienionym: Te dni moje, Dom, Kochaj mnie za nic. Tytułowy i upersonifikowany „dom” jest sztandarowym utworem poetyckim Kawalca. Odzwierciedla moment odejścia przyszłego pisarza z rodzinnego domu, ze wsi, i wielkie smutne zadziwienie miastem, w którym tak naprawdę nie da się żyć człowiekowi pochodzącemu z łąk i pól. Smutne i szokujące było to zetknięcie się wiejskiego „domu” z miastem, kamienistymi ulicami i betonowymi placami bez drzew. „Dom” przestraszył się tego, co zobaczył, i najszybciej, jak mógł, uciekł przez pola, lasy, a nawet przepłynął rzeki i stanął na swoim miejscu.

Oto ten słynny wiersz:

Dom

Wziąłem pod rękę dom

Zgrzybiałego starca

w słomianym kapeluszu na bakier

Poszedłem z nim na spacer

żeby mu pokazać mury i nagie place bez drzew

Gdy ujrzał wieżę tak się zdziwił

że zachwiał się

i omal na mnie nie zwalił

A gdy odzyskał równowagę

wyrwał mi się z rąk

i zaczął uciekać

Ruszyłem za nim

ale nie mogłem go doścignąć

Biegł na przełaj przez pola i lasy

przepłynął dwie rzeki

straciłem go z oczu

Gdy wreszcie dobiegłem na to miejsce

skąd go zabrałem

stwierdziłem że stał spokojnie

tak jakby się nic nie zdarzyło

W końcu „dom” – puentowała krajanka Poety – utożsamia się ze zbiorem zasad etycznych, które autor z niego wyniósł w dzieciństwie i młodości.

Dziś wynosimy z całokształtu twórczości Juliana Kawalca o wiele więcej, niż mógłby spodziewać się Czytelnik średniego, a tym bardziej młodego pokolenia, który – dowiedziawszy się o Jego odejściu i zaciekawiony – nie znajdzie wspomnianych tu książek w księgarniach. Chyba że w drodze do domu zdecyduje się odwiedzić – zapobiegliwą jak my w staraniach o spotkanie, gdy Pisarz żył – wymownie zaciszną bibliotekę.

Prezes Oddziału w Kielcach

Związku Literatów Polskich

Stanisław Nyczaj

___________________________________________________________________________

FOTOREPORTAŻ
Z POGRZEBU JULIANA KAWALCA

w obiektywie Joanny Rzodkiewicz

Zapraszam do obejrzenia galerii!

___________________________________________________________________________

PEŁNA RELACJA FILMOWA Z POGRZEBU JULIANA KAWALCA (14 minuta 37 sekunda)

 

http://www.tvp.pl/krakow/kronika/wideo/10-x-2014-godz-1830/17195902

 

Pisarz Julian Kawalec
zmarł w Krakowie dnia 30 września 2014 roku przeżywszy 98 lat.

Ceremonia pogrzebowa przy prochach zmarłego odbędzie się
w piątek 10 października o godz. 13 40
w Sali Pożegnań na Cmentarzu Rakowickim.

Po czym nastąpi odprowadzenie zmarłego do rodzinnego grobowca,
o czym zawiadamiają pogrążeni w żalu Córka i Wnuk

 

 

Zmarł Julian Kawalec – chłop i pisarz

30 września zmarł w Krakowie Julian Kawalec, nestor pisarzy zaliczanych do nurtu chłopskiego w polskiej literaturze współczesnej. Jak co roku, 11 października, czyli dosłownie za kilka dni, wraz z kolegami ze Związku Literatów Polskich miałem go odwiedzić z okazji 98 urodzin i poza oficjalnym prezentem wręczyć po kryjomu buteleczkę wiśniówki. Choć mu tego zakazywano i straszono medycznymi konsekwencjami, on uważał, że jest to najlepsze lekarstwo, które pozwala mu dożyć tak pięknego wieku.

Urodził się 11 października 1916 roku we Wrzawach koło Sandomierza. W dzieciństwie pierwsze książki czytał wieczorami przy lampie naftowej i piecu opalanym drewnem. Choć skończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i przeniósł się do Krakowa to do ostatnich dni swego życia nie zapomniał o polskiej wsi, którą opisał w ponad dwudziestu powieściach, opowiadaniach i wierszach przetłumaczonych na 25 języków. Najbardziej znane jego powieści to „Ziemi przypisany”, „Tańczący jastrząb”, „Oset”, „Ukraść brata”, „W gąszczu bram”, „W słońcu”, „Marsz weselny”. Zawsze powtarzał, że jest literackim dinozaurem, matuzalemem, który nadal dostrzega piękno wiejskiego życia.

Książki Kawalca zyskały popularność w wielu krajach, między innymi w Norwegii, Włoszech, Danii, dzięki swej egzotyce, której w kraju często nie dostrzegamy. W tamtych krajach już takich wsi nie ma. Nie ma też pisarzy, którzy byliby autentycznymi chłopami.

A Julian Kawalec cale życie powtarzał, że jest chłopskim synem. Nie mógł pogodzić się zarówno z sielskim i lukrowanym obrazem przedwojennej wsi przedstawianym obecnie w mediach jak i nie dostrzeganiem zmian jakie na wsi zaszły po wojnie. Pisał o pozytywach jakie przyniosła reforma rolna, zniesienie analfabetyzmu, rozwój czytelnictwa, kultury masowej. Oburzał się, że wiele osób będących dzisiaj na świeczniku, polityków, naukowców, aktorów, nie przyznaje się do swojego wiejskiego rodowodu, odcina się od swoich korzeni, wstydzi się rodziców, zmienia nazwiska, nie chce się przyznać, że dzięki władzy ludowej zdobyli wykształcenie.

W rozmowie jaką z nim przeprowadziłem dla „Przeglądu” w 2011 roku, z okazji jego 95 urodzin /”Przegląd” 16.X.2011/ powiedział mi, że jako świadek przeobrażeń polskiej wsi bardzo się obawia, że z jego śmiercią może odejść prawdziwy obraz dawnej polskiej wsi. Pozostanie niewielka grupa takich pisarzy jak Wiesław Myśliwski, Edward Redliński czy Marian Pilot ale i oni są bardzo zaawansowani wiekiem. Za dziesięć czy dwadzieścia lat wieś będzie skazana na miasto. Już dzisiaj wszędzie na wsi jest internet, komputery, laptopy. Jak mi wtedy powiedział, tematyka wiejska w polskiej literaturze z pewnością nie zaginie ale zabraknie jej autentyczności. Będzie „Rancho” i Wilkowyje.

Odejście Juliana Kawalca to początek końca chłopskiej drogi w polskiej literaturze.

Leszek Konarski

 

źródło: Przegląd, numer: 41/2014/ (771) /6-12.10.2014
www.przeglad-tygodnik.pl

 

 

  1. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Wszystkich miłośników literatury i nie tylko zapraszamy na 18. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, które odbędą w dniach 23-26 października 2014 r. Targi, wpisując się w program promocji czytelnictwa, są otwarte dla szerokiej publiczności. Do grona wystawców należą: wydawnictwa, hurtownie książek, księgarnie, instytucje kultury, stowarzyszenia związane z rynkiem książki w Polsce, dystrybutorzy mediów elektronicznych dedykowanych czytelnikom, drukarnie czy producenci papieru.

Targi po raz pierwszy odbędą się w Międzynarodowym Centrum Targowo-Kongresowym EXPO Kraków, którego nowoczesne wnętrza oraz zdecydowanie większa od dotychczasowej powierzchnia zapewni komfort zarówno wystawcom, jak i zwiedzającym www.expo.krakow.pl

Pamiętaj – nowy adres – ul. Galicyjska 9.

Na 18. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie będzie można dojechać EXPO Busem. Nowe połączenie uruchomione przez Jordan Group zapewni bezpośredni dojazd do EXPO Kraków z centrum miasta. Linia kursować będzie w dniach trwania Targów zgodnie z rozkładem dostępnym na naszej stronie.

Każda osoba, która w dniach 23-26 października 2014 r. będzie obchodzić 18. urodziny, otrzyma bezpłatną wejściówkę na Targi. Solenizancie! Pamiętaj, zabierz szkolną legitymację!

Odwiedź nas w nowym miejscu!

 

Godziny otwarcia:
23 października 2014 r. (czwartek) godz. 10:00 – 17:00

24 października 2014 r. (piątek) godz. 10:00 – 18:00

25 października 2014 r. (sobota) godz. 10:00 – 18:00
26 października 2014 r. (niedziela) godz. 10:00 – 17:00

Więcej informacji na www.ksiazka.krakow.pl

 

Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich

zaprasza na Wieczór Literacki na Kazimierzu

26 czerwca (czwartek) na godz. 18:00

do RUBINSTEIN RESIDENCE, Kraków ul. Szeroka 12

na prezentację twórczości

Janowskiego Klubu Literackiego

pt.:Złotopotockie impresje”.

W programie:
poezja liryczna, satyra, fraszki i aforyzmy
oraz niespodzianki literacko-muzyczne w wykonaniu

– Ireneusza Bartkowiaka
– Anny Grzanki
– Joanny Krzyżańskiej
– Marka Monikowskiego
– Janusza Ochockiego
– Urszuli Ostrowskiej
– Ryszarda „Sikora” Sidorkiewicza
– Grażyny Ziętek

Oprawa muzyczna:

Urszula Ostrowska, Janusz Ochocki

Prowadzenie: Magdalena Węgrzynowicz-Plichta
Mecenat: Marzena i Krzysztof Pierścionkowie

Wstęp wolny

___________________________________________________________________________________________

 

 

 

Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich i

Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką” ul. Szczepańska 1, I piętro

zapraszają na wieczór literacki z cyklu Niezatarte autografy

dnia 12.06. (czwartek) 2014 r. o godz. 18.00

odbędzie się wieczór autorski

Adriany Jarosz

połączony z promocją tomu poetyckiego

ROZDROŻAMI”

recytacja: Autorka, Stanisław Bielecki

oprawa muzyczna:

Tomasz Drabina akordeon

prowadzenie: Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

___________________________________________________________________________

 

Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich

zaprasza 28 maja 2014 r. o godz. 18.00

do RUBINSTEIN RESIDENCE ul. Szeroka 12

na Wieczór Literacki na Kazimierzu

pt.: Sylwetka i twórczość Jerzego Tawłowicza

z udziałem Żony Poety Anny Tawłowicz

w programie:

poezja Jerzego Tawłowicza recytowana przez Przyjaciół Poety

prezentacja zdjęć Poety-Przewodnika o tematyce górskiej (udostępnione z rodzinnego archiwum)

piosenki autorskie w wykonaniu Poety-Barda (udostępnione z rodzinnego archiwum)

prezentacja najnowszego filmu o Poecie zrealizowanego przez filmowca Tadeusza Oratowskiego

prowadzenie: Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

Mecenat: Marzena i Krzysztof Pierścionkowie

___________________________________________________________________________

 

_

Spotkanie z Poezją emigracyjną Wiedeń / Londyn

30 maja 2014 · · Miejsce wykonania: Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”

 

Spotkanie z poezją Joanny Jandy i Wojciecha Jarosława Pawłowskiego. Słowo wstępne „O poezji polskiej zagranicą” – wygłosił profesor Bolesław Faron , spotkanie prowadziłaJoanna Krupińska-Trzebiatowska , a wiersze czytała paniJoanna Janda.
Oprawę muzyczną zapewniła jak zwykle perfekcyjna Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska.
Całość pod patronatem Marszałka Województwa Małopolskiego Marka Sowy powstała w ramach organizowanego przez Stowarzyszenie Twórcze POLART –
„II MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU ZWIĄZKI POMIĘDZY KULTURĄ POŁUDNIA A PÓŁNOCY – SCHUBERT – CHOPIN – GRIEG – WZAJEMNE INSPIRACJE I REZONANS W MALARSTWIE I LITERATURZE”.
JANDA

 

X Ogólnopolski Konkurs Poetycki

„O Wawrzyn Sądecczyzny”

pod hasłem:

Człowiek i droga

Zasady:

  1. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim wziąć udział wszyscy piszący po polsku autorzy.
  2. Na konkurs należy nadesłać nawiązujące do hasła wiersze, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach. Powinny to być teksty nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy.
  3. Utwory prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim.
  4. Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie obok tych danych, również daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy oraz oznaczenie swoich wierszy literą „M” (pod godłem).
  5. Autorów mieszkających na Ziemi Sądeckiej prosimy o napisanie na pracach konkursowych litery „S” (pod godłem).
  6. Wszyscy uczestnicy konkursu rywalizują o nagrody pieniężne i wyróżnienia drukiem.
  7. Prace konkursowe należy nadsyłać do 20 maja 2014 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 – z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki.
  8. Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs. Ich autorzy nie otrzymują honorarium.
  9. Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród odbędzie się 27 września 2014 roku w Nowym Sączu. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie.
  10. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu.
  11. Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów.

Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia:

Grand Prix – 1500 zł

I nagroda – 700 zł

II nagroda – 500 zł

III nagroda – 400 zł

2 statuetki Starosty Nowosądeckiego „Srebrne Pióro Sądeckie” dla:

– najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej

– najlepszego autora w grupie młodzieży do lat 20

Wyróżnienia drukiem w almanachu pokonkursowym

Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.

Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury (Grupa Literacka „Sądecczyzna”) – tel. 606 957 138, e-mail:oksymoron2@gmail.com

Organizatorzy konkursu: Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu, Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu, Urząd Miasta Nowego Sącza

Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego.

___________________________________________________________________________

 

Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich i

Klub Dziennikarzy Pod Gruszką, ul. Szczepańska 1

dnia 8 maja (czwartek) 2014, godz. 18.00

zapraszają na spektakl poetycko-muzyczny

Majowy piknik pod gruszą

  1. scenariusza Joanny Rzodkiewicz

Z udziałem poetek:

Renaty Batko

Ireny Kaczmarczyk

Anny Pituch-Noworolskiej

Joanny Rzodkiewicz

Magdaleny Węgrzynowicz-Plichty

Gość Specjalny:

Barbara Leśniak (wokal, fortepian)

____________________________________________________________________________

 

 

FOTOREPORTAŻ Z JUBILEUSZU JACKA MOLĘDY
W OBIEKTYWIE ANDRZEJA MAKUCHA

od lewej strony Magdalena Węgrzynowicz-Plichta, Dariusz Klimczak, w środku Jacek Molęda i z prawej strony Robert Marcinkowski

 

Zapraszam do obejrzenia galerii!

 

JUBILEUSZ PRACY TWÓRCZEJ JACKA MOLĘDY

W dniu 19 marca 2014 r. w Piwnicy Literackiej Hotelu Rubinstein przy ul. Szerokiej 12 w Krakowie odbył się jubileusz pracy twórczej członka KO ZLP, dr. nauk humanistycznych Jacka Molędy, połączony z prezentacją jego poezji z tomów: „Horyzont zdarzeń” i „Wyszedłem po chleb”.

W nastrojowym klimacie piwnicy prezes K0 ZLP Magdalena Węgrzynowicz-Plichta przywitała przybyłych na uroczystość gości oraz szanownego Jubilata wręczając mu list gratulacyjny wraz z piękną wiązanką goździków oraz życzeniami dalszej owocnej pracy twórczej i kolejnych jubileuszy.

Obszerne i wnikliwe słowo krytyczne o Autorze, wygłoszone przez dr. Dariusza Klimczaka, przybliżyło zgromadzonym sylwetkę artystyczną Jacka Molędy, jak również mało nam – jak okazało się – znaną twórczość autora „odtąd-dotąd” z uwagi na jego odległe miejsce zamieszkania, które utrudnia częstsze kontakty ze środowiskiem krakowskich kolegów z oddziału. Jacek Molęda mieszka w Raciborzu, co – podkreślał dr Klimczak – sytuuje go w plejadzie twórców pogranicza.

Po słowie krytycznym, oddano głos Jubilatowi i nastąpiła bogata prezentacja poezji z tomów wydanych od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Utwory wybrzmiały w interpretacji samego twórcy oraz Magdaleny Węgrzynowicz-Plichty i Roberta Marcinkowskiego, który również oprawił spotkanie wokalnie, śpiewając kilka tekstów przy akompaniamencie gitary. Kilkakrotnie podczas recytacji nagradzano wiersze Jacka Molędy gromkimi brawami. Otrzymał je m.in. tytułowy utwór z tomu „wyszedłem po chleb”; warto go zacytować w całości:

wyszedłem po chleb

kiedy zachorowała mi matka

spakowałem się

i jak zwykle wyszedłem po chleb –

zawsze starałem się jej dogadzać a

dla niej i tak najważniejszy zawsze był ojciec

choć to ja cały czas byłem w domu…

– mnie potrzebowała tylko po to by

chleb był na stole kiedy ojciec wróci –

czasami byłem naprawdę głodny ale

wiedziałem że był dla niego i

bałem się ruszyć

on najczęściej albo siedział albo już nie żył

a kiedy wreszcie stawał w drzwiach albo go na nich wnieśli

rozprawiał matce o intrygach sąsiadów

i długu wobec dziadków

i o krwi którą musi go spłacić…

matka uspakajała go wtedy

snując opowieści o wnukach

i ich szczęśliwym życiu – kiedy już będą…

– o mnie nie rozmawiali wcale

ona czekała wyłącznie na ojca

gotowała bandaże a potem zwijała jak szalik

którego nigdy nie miałem

a kiedy przeziębiłem się i dostałem gorączki

poszła do apteki ale przyniosła tylko jodynę

by ojcu szybciej goiły się rany

i znów mógł nas zostawić…

zawsze wychodząc spoglądał wstecz

matka z kolei przed siebie

– nawet przez łzy nie zauważała że

stałem obok

Dom z wolna zapełniały pamiątki po ojcu

w szafach podziurawione mundury wszystkich armii

na ścianach zdjęcia jego nagrobków i bitew

i dziwny zegar który odmierzał godziny wspak…

matka uczyła mnie jak usuwać z nich kurz –

a gdy mówiłem że muszę do szkoły

odpowiadała że to ważniejsze i że

lada dzień ojciec wróci

więc kiedy zachorowała mi matka

spakowałem się

i wyszedłem jak zwykle po chleb

złapałem pociąg potem tramwaj samolot i metro…

– był tylko tostowy

ale zdecydowałem się kupić i jej wysłać

wierzyłem że może wtedy

zauważy że

mnie nie ma

że zauważy że

mnie ma

i kiedy każe mi kupić jeszcze raz –

– bo ojciec jada wyłącznie razowy –

zrozumie że jest też matką –

a nie tylko żoną ojca –

czyli ojczyzną

Niesłychanie skromny Jubilat w odpowiedzi na pytanie o najbliższe plany literackie zdradził, że będzie to praca nad przekładem poezji angielskiej na język polski i odwrotnie. Oczywiście nie zaniedbując twórczości własnej i rodziny.

Na zakończenie części oficjalnej Jacek Molęda podziękował serdecznie Zarządowi KO ZLP za zorganizowanie jubileuszu, złożył na ręce prezes Magdalenie Węgrzynowicz-Plichcie bukiet czerwonych róż i zaprosił wszystkich na jubileuszowe smakowite wino. Ksiązki, które ze sobą przywiózł zostały rozchwytane przez obecnych w piwnicy gości. Do godz. 21. z minutami trwały rozmowy kuluarowe, Robert Marcinkowski zaśpiewał jeszcze kilka piosenek, co zostało uwiecznione przez niezawodnego fotografika Andrzeja Makucha jak również przez naszą koleżankę -skarbnik Joannę Rzodkiewicz.

tekst: Irena Kaczmarczyk

foto: Joanna Rzodkiewicz

Kraków, 20.03.2014

Jacek Molęda

Urodził się w 1964 roku w Raciborzu. Z wykształcenia anglista, doktor nauk humanistycznych, obronił rozprawę doktorską na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Ostrawskiego. Wykładowca Instytutu Neofilologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu i nauczyciel I Liceum Ogólnokształcącego w Raciborzu.

Członek Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Debiutował w 1984 r. na łamach “Tak i Nie”. Poeta, pisze felietony, tłumaczy współczesną poezję czeską. Do tej pory przełożył zbiór wierszy „Radobyl” Jiřígo Daehnego (Krnov, 2010), „Krajobraz w samotności słowa” Miroslava Černego (Opava ,2012) i „Jesteś moim signifié” Libora Martinka (Krnov, 2010)

Stały współpracownik (felietonista) „Almanachu Prowincjonalnego”. Jego wiersze ukazały polskich i czeskich antologiach, almanachach i czasopismach literackich, m. in. po polsku i przekładzie Václava Buriana na język czeski,w polsko-czeskiej antologii „Od słowa ke slovu” (2003) ozraz w znanym czeskim czasopiśmie literackim Psí víno w przekładzie Libora Martinka.

Do tej pory wydał pięć zbiorów wierszy: „Świadectwo tożsamości” (Racibórz 1995) (debiutancki tomik, ze słowem wstępnym Andrzeja Krzysztofa Torbusa),

„Małe światy” (Racibórz 1999),

„odtąd – dotąd” (Racibórz 2001),

„Horyzont zdarzeń – Obzor událostí” (Krnov 2010)

i „Wyszedłem po chleb – Šel jsem pro chleba” (Krnov 2013),

(dwa ostatnie w przekładzie Libora Martinka na język czeski).
od lewej strony Dariusz Klimczak, w środku Jacek Molęda i z prawej strony Robert Marcinkowski

 

Zapraszam do obejrzenia galerii!

__________________________________________________________________________

 

Dariusz Piotr Klimczak

Granice poetyckiej wyobraźni homo molendariusa. Twórczość poetycka Jacka Molędy (Zapiski jubileuszowe)

Jak daleko sięgają granice poetyckiej wyobraźni? To pytanie można zadać analizując twórczość poetycką Jacka Molędy1.

Rok 2014 jest dla poety szczególny, 11 lutego jego poetycki duch obchodził półwiecze inkarnacji w powłokę cielesną, zaś w marcu (dokładnie w św. Józefa – przeczystego Opiekuna Dziewic) jubileusz 30-lecia twórczości zorganizowany przez Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich, którego jest członkiem.

Debiut poety przypadł zatem na chude i zgrzebne latach PRL-u, tego najweselszego baraku ponurego obozu socjalistycznego pod egidą ZSRR (czyt. zesrru). Jubileusz zaś w tzw. III Rzeczypospolitej, tej hybrydy powstałej z postkomunistycznej i postmodernistycznej – posługując się językiem Witkacego do rymu –„brzydy”. Wyrosły w tym kontekście historycznym poeta nie mógł nie sięgnąć do eksperymentów poezji lingwistycznej spod znaku Mirona Białoszewskiego czy Witolda Wirpszy czy nawet dotknąć poetyki absurdu. Musiał także przejść swoje transformacje i przemiany.

Zwrócenie uwagi na wieloznaczeniowość słów i zestawienie ich w taki sposób, aby tworzyły nowe, zaskakujące sensy – to w istocie podstawowy mechanizm tworzenia poezji, który śmiało wykorzystał poeta u progu swojej twórczości i doskonale przetwarza dalej. Poeta wstąpił na lingwistyczny Parnas już w debiutanckim tomie słynnym wierszem Myszanoja, nieodmiennie przywołującym Myszeidę czy inne asocjacje związane z takimi słowami, jak: paranoja, heroja, mitoja:

„Przewzroczyłem już wszystkie zaszafia,

Rozswetrzyłem się i podkołdrzyłem –

Rozpapierza się ma cudografia –

Pół zeszytu zadługopisiłem.

Coś na moim podłóżczu chrobocze,

Roztuptały się mroczne przyściania…

Diabli wzięli me śniątka prorocze!

T u s ą m y s z y – i nici z pisania.

Chodźcież tutaj, drapiszki szarawe,

Ja was zaraz odłapczę, odgłowię!

Do mnie, mychy, myszciowe starawe,

Tu, myszatki i mysi panowie!

Mysipunki, czcigodne mysice,

Wy myszurwy i wy, myszenerzy!

Znajcież moje zamiary zbrodnicze!

Dostaniecie, co wam się należy!

Powdziurzały się chude ogony,

Przycupnęły myszliwie po kątach,

A ja jestem straszliwie zmysiony –

Idę spać, choć dopiero mysiąta”.

(Myszanoja, z tomu Świadectwo poezji2, s. 41)

Dalszy poetycki rozwój Molędy wiedzie jednak przez odkrywanie potoczności i codzienności oraz czasowości doświadczenia egzystencjalnego w prozaicznych sytuacjach ludzkiego bytowania jako punkt wyjścia literatury. Tak oto poeta daje świadectwo tożsamości (vide: tytuł debiutanckiego tomu), tożsamości poetyckiej i egzystencjalnej właśnie, która ma swoje indywidualne i oryginalne piętno, co śmiało nazwać możemy: molędyzmem (egzegezy tego terminu dokonam nieco dalej). Molędyzm przeszedł więc swoją ewolucję: od stylu lingwistycznego po eksperymenty pokolenia „brulionu”, wracając w wielkim stylu do rudymentów języka poezji, czyli zdziwienia i uwielbienia.

Stąd też poezję Molędy warto umieścić w szerokim kontekście, na początku była to fascynacja szkołą nowojorską spod znaku Franka O’Hary, której w końcu korzenie czy kłącza przebiły się do tradycyjnej, a poprzez to i wiecznej, Ars poetica. Molęda nie używa jednak bezpośrednich i obcesowych środków wyrazu, skupia się bardziej na obserwacji zastanej rzeczywistości, esencji świata. Na naszym gruncie Molęda mógłby iść tu w szranki z poezją mu współczesnych, Marcina Świetlickiego, Jacka Podsiadły, Miłosza Biedrzyckiego i innych. Spójrzmy chociażby na świat poetycki, jaki tworzy podmiot liryczny:

„myśl niby-lotna miast kreślić neon

mozolnie pnie się ku

samotnemu dalekiemu światłu

budowlanego dźwigu…”

(obserwatorium, z tomu Horyzont zdarzeń3, s. 54)

czy wcześniej w debiutanckim tomie w wierszu Tożsamość:
„ja nigdy nigdzie o nic nie pytałem

Sam odpowiadam

I na-przekór-jestem” (Śt, s. 46).

Ale oprócz świadectwa poetyckiej tożsamości są też zmagania się z makrokosmosem i mikrokosmosem. W sumie jest to papierek lakmusowy każdej poezji, pokazujący, czy mamy do czynienia z kwasem czy z zasadą. Poeta zmaga się z zagiętą przestrzenią, horyzontem zdarzeń, regułą nieoznaczoności Heisenberga, próbując odnaleźć zasadę wszechświata:

„niech pan powtórzy

panie Heisenberg

głupcom brodzącym w niewczorajszej rzece

że albo można napisać list

albo odwiedzić cmentarz

że powrotów nie ma

że tęsknota to tylko

niezrozumienie właściwości

czasu i przestrzeni”

(Zasada nieoznaczoności, Hz, s. 60).

Chce także, już nie po Mannowsku, zrozumieć tajemnicę głębi i wspomnień – jedynego raju, jak twierdził Tomasz Mann, z którego nikt nas nie wypędzi i którego nigdy nie utracimy – a które jednak w poezji Molędy stały się odpadem, jak w wierszu biodegradacja:

„wspomnienia to takie

odpady –

te zwykłe przetwarzamy

dzieciom na bajki

te toksyczne próbujemy

w czymś utopić

ale są też takie które

promieniują

i nie wiadomo co z nimi

zrobić

kiedy tak świecą

po nocach”

(Wpch, s. 11)

Jako się rzekło, wiele jest w tej poezji zmagań z naturą wszechświata, kosmosu, aczkolwiek poetycka luneta Molędy nie wypatruje gwiazd, lecz stara się dotrzeć do istoty istnienia, esse. Jest to swoista poetycka wersja kreacji już nie ex nihilo jak u św. Tomasza (znaczący wiersz Ex nihilo4), ale kreacji z wariacji na zadany temat z życia codziennego:

Ex nihilo

„szukaliśmy materiału na nasz świat

z drewna wystrugaliśmy kołyskę i wyciosaliśmy machiny tortur

kamień obróciliśmy w obronne mury i więzienne lochy

strzeliły w niebo ceglane gotyckie katedry ale i kominy Auschwitz

papier wydał listy miłosne i wyroki śmierci

tworzywo sztuczne zmieniło się w Barbie i semtex…

Bogu było o wiele łatwiej –

musiał tworzyć

z niczego”

(Wpch, s. 28)

czy w innym wierszu może narodzenie zatytułowanym przewrotnie na zasadzie asocjacji do „Boże”:

„być może jednak tak najzwyczajniej

pod nocną lampką

ze spopielonego zdziwienia ćmy

z potrzeby co starła pył z modlitewnika

z uporu kapci trących o dywan

z rozsądku co zmęczony ziewnął

z pragnień łyżeczki brzęczących o spodek

z ciekawości co błysnęła w okularach

urodził się

mały wszechświat

(Wpch, s. 75)

Molęda tworzy więc poetyckie divertimenta, concerti grossi z okruchów, pyłków, kapci, lewego i prawego boku, dywanu, który nie poleciał, znajomej faktury, która opowiada historię, pstrokatych patchworków, znienawidzonego przeze mnie „pejs zbuka”, komórki bynajmniej nie na węgiel, krainy pit bullli i land roverów etc. etc. Można pomyśleć, że to są wszystkie poetyckie rupiecie, gadżety i oharyzmy Molędowego inwentarza odnalezione na śmieciowisku współczesnego świata.

Nic bardziej mylnego…

Poeta miota się od Rzymu do Krymu, od ściany do firany, od gaci do maci, z zastrzeżeniem, iż nigdy nie będzie to krzywa mać (z łac. curva, curvatus), chociaż w jego tekstach występuje krzywa Bernoulliego. Podmiot liryczny zanurzony w świat już nie oddziałuje na byty, to byty (a w zasadzie przedmioty, choćby „tworzywo sztuczne, […] Barbie i semtex”) oddziałują na niego. To zanurzenie się w reifikację bez odniesienia do prawdziwego źródła bytu i bytowania spowodowało całkowite zaabsorbowanie codziennością, a także sztucznością. Poeta explicite artykułuje, iż człowiek współczesny żyje jedynie teraźniejszością, swoją podstawową troskę kierując ku temu, co pozwala przetrwać.

Czy jednak „homo molendarius” wydany na łup masowości, uprzedmiotowienia, uzależniony od bezosobowego „ja“, semtexu, błąka się  po bezdrożach? (Post scriptum: zastosowałem tu celową grę znaczeniami: Molęda/molendarius – z łac. „młynarz” [nb. termin dookreślony tak przez Dariusa piszącego te słowa] – eo ipso: poeta mieli w języku poezji wszystkie przedmioty, motywy, toposy współczesności).

Nic bardziej mylnego…

Poeta zna swoją wrażliwość, chce drapać grzbiet „Baraniej Góry” (Tu, gdzie dla mnie, albo kamień z serca, Śt, s. 47). Na szczęście z tej walki pomiędzy Scyllą solipsyzmu a Charybdą uprzedmiotowienia wychodzi zwycięsko i odnajduje upragniony przez Arystotelesa, Senekę, Horacego… aurea mediocritas (z łac. „złoty środek”), jak zwykle – jak Mojsze i inni – na górze, chociażby na szczycie Pradziada czy Śnieżnika:

„bardziej niż łuki bram i sklepień katedr

zajmują mnie wygięte pnie i konary drzew

wzdłuż szlaków na

Pradziad i Śnieżnik”

(Równoleżnik)

Notabene, daleka tu asocjacja do Ildefonsa, który widział w pniach drzew wysokie gotyckie sklepienia katedr, tutaj też molędyzm przybliża się do stafizmu – przypomnijmy: „O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa” (L. Staff, Wysokie drzewa). Poeta szuka zatem swojej góry przemienienia, góry Tabor, swojego Synaju, szczytu Mont Blanc. W poezji Molędy słychać dalekie echa romantycznej walki o ocalenie indywidualności. Raciborski poeta woła podobnie jak Kordian w wielkim monologu:

„Próżno myśl geniuszu świat cały ozłaca,

Na każdym szczeblu życia – rzeczywistość czeka”.

Nie, nie… nie dajmy się zwieść tej postromantycznej poetyce, temu Kordianowemu pogłosowi. Molędowy bohater liryczny nie ciska swoimi tablicami, nie rzuca się w przepaść i nie strzela sobie w skroń. Ma jednak świadomość kreacyjnej i destrukcyjnej funkcji słowa, ewokując, iż: „słowo wkręca się podmuch wiatru / myśl wrasta w korzenie trawy […] i przede wszystkim – / umie zabijać” (wiersz stworzenie góry, Wpch, s. 23). Natomiast w wierszu Rozmowa z Maćkiem homo molendarius twierdzi, iż chce być domknięty, a przez to naznaczony harmonią i relacją z osobą, a więc dialogiczny:

„nie lubię otwartych spraw /

wszystko trzeba będzie podomykać /

i pokażę synowi Kraków”

(Rozmowa z Maćkiem, Wpch, s. 59).

Odrzuciwszy materialną i immanentną otoczkę, symbolikę codzienności (to swoisty prezentyzm molędyzmu), w której bytuje jego liryczny podmiot, a w której pławi się świat przedstawiony, poeta transcenduje ku temu, co Heidegger nazywa istotą człowieka, a co dopełnia Prześwit, owe Lichtung, w języku metafory pojawiający się u Molędy jako szwy i ścieg, jak w wierszu patchwork :

„zszywam nachalnie szorstką jawę

z wyrafinowanie gładkim snem

przetykam zwiewną pajęczynę ducha

konopnym sznurem materii

i żyję wzdłuż szwów oraz ściegów

bo prościej

i inaczej się nie da”

(Wpch, s. 7)

„Istota“ w rozumieniu Molędy jest zbiorem trwałych, niezmiennych jakości ontycznych jak: wolność, rozumność, nieśmiertelność, ale przede wszystkim wyobraźnia, której nie stawia granic. „Istotę“ tę należy jednak raczej określać po heideggerowsku, jako sposób bycia, źródło, pierwotność, rudymenty. Stąd też w poezji Molędy pojawiają się wątki egzystencjalne i aspekty wspólne, rudymentarne dla człowieka, jak: radość, ból („odłamek lustra w oku”, jak w wierszu nie z Twojej bajki, Wpch, s. 89), praca, zabawa, które nakierowują nas bardziej na to, co zmienne, płynne, ale też „istotne“ dla człowieka. Władza, śmierć, lęk – jako nieodzowne dla istoty Dasein, są jakby nieobecne u Molędy, skrywają się za zasłoną codzienności, reifikacji, zabawy słowem, metaforą. Poeta nie epatuje swoim Weltschmertzem, chociaż ma świadomość wrzucenia w byt (Geworhenheit), co oddaje za pomocą wszystkich lejtmotywów bytowania: „krainy pierwszych (teraz wiem już że niemożliwych) – wzlotów”, jak wskazuje w bardzo udanym wierszu pt.Jabłoń z omawianego tu tomu Wyszedłem po chleb:

 

„kiedyś w bardzo wczesnym dzieciństwie

na naiwnie szczerym polu

cisnąłem ogryzkiem w księżyc –

chciałem przeszyć płachtę nieba

i na pucułowatym obliczu

wyżłobić wyraźny jak siniec

krater –

wielki jak moje nazwisko

po latach odnalazłem to miejsce –

krainę pierwszych

(teraz już wiem że niemożliwych) wzlotów –

i tylko pojąć nie mogłem

skąd

na środku pustego pola

wzięła się

całkiem dorodna

na oko czterdziestoletnia

i ciągle bezimienna

jabłoń”

(Wpch, s. 5)

 

Najbardziej mistrzowskim środkiem poetyckim Molędy jest oksymoron, figura sprzeczności, paradoksu, zasada „odwróconego banału”: mamy tu obły symbol nieskończoności (tytułowa lemniskata, np. Bernoulliego, Botha, Gerona) na prostokątnej kartce papieru, w dodatku w kanciastej szufladzie biurka. Chyba nie potrzeba wielu fluktuacji kory mózgowej, aby zrozumieć te wszystkie molędyzmy, krzywe, lemniskaty, krzywe eliptyczne i hiperboliczne, antynomie i sylogizmy poetyckie przemielone w języku wyobraźni poetyckiej przez poetę-młynarza, homo molendariusa

Lemniskata

„Życie jest prostą –

poręcz ruchomych schodów w galerii handlowej

przeciągnięcie karty płatniczej przez czytnik

szew rękawa marynarki na cztery guziki

linia ulubionych perfum na pokładzie samolotu

prowadnica w bramie na pilota

krawędź marmurowej posadzki w hallu

fugi między kafelkami w łazience

kant dębowego biurka w gabinecie

Więc po co komu

kręta górska ścieżka

wypukłość policzków

łuk bioder

pochylenie trawy

wygięcie szyi

zawiłość strużki potu?

I co robi symbol nieskończoności

na prostokątnej kartce papieru

w kanciastej szufladzie dębowego biurka?”

(Wpch, s. 63)

Z owej gimnastyki mózgu mogłoby wyłonić się jednak pojęcie pierwotne geometrii euklidesowej, czyli prosta „odtąd – dotąd”, bowiem „życie jest prostą” – jak ewokuje podmiot liryczny. Per saldo, poeta swojego poetyckiego równania jednak nie rozwiązał. W ten sposób poszerzył granice poetyckiej wyobraźni, zdziwienia – jak czterdziestoletnią (40 = kabalistyczny symbol wielości) jabłonią wyrosłą na środku pola. Skoro bytowanie na planecie Ziemia jest naznaczone zbyt skomplikowaną matematyką rodzącą więcej pytań i równań z wieloma niewiadomymi, to dla poety pozostaje ciekawość, ale i gest wzniesienia rąk, rozpostarcia skrzydeł, odwieczny ikaryjski motyw lotu:

odtąd – dotąd

„pamiętam:

wolność jest na rozpostarcie rąk

wolność jest na rozpostarcie skrzydeł

wolność jest na rozpostarcie myśli…

pamiętam:

stara kobieta

artretyczną dłonią

szarym piórem domowego ptaka

na przypadkowy kawałek brudnego papieru

zmiotła ją całą

wyuczonym gestem

nie wzbijając kurzu

zakrywając i tak nie napisane wersy

odtąd – dotąd”

(odtąd – dotąd, z tomu odtąd – dotąd5, s. 49)

Poeta ma świadomość ograniczenia ludzkiego losu, jego zakotwiczenia w technice i technicyzacji, przede wszystkim widzi jednak to, co daleko wykracza poza immanencję i teraźniejszość. Technika, która  pierwotnie służyła  odkrywaniu prawdy o świecie, teraz spełnia rolę służebnicy potrzeb i użyteczności. Wyobcowanie, które dotknęło człowieka, popycha go do podporządkowywania sobie świata, do władania, bycia panem bytu – jak twierdził autor Sein und Zeit. Na przekór Heideggerowi Molęda idzie ścieżką udeptaną przez wieki tysiącem stóp pielgrzymów, a która przywraca utracony kraj lat dziecinnych, który jak wiemy na zawsze ostanie „czysty i świeży jak pierwsze kochanie”:

„i stanęliśmy –

ogłupiali jak serbskie działa

przed pastelowym drewnianym płotkiem

który tylko konikowi polnemu wolno pokonać…

pośród traw

których źdźbła tylko motylom wolno uginać

na ścieżce

którą tylko dziecięca ciekawość

potrafi wydeptać

(Zmajski most, Wpch, s. 33).

Podsumowując spotkanie z niezwykle skromnym i utalentowanym Poetą i jego bardzo dobrą – esencjonalną (pytającą o esse) poezją warto przywołać ostatni komunikat o stanie wód głównych rzek i nurtów Polski: w Raciborzu-Miedoni stan wody Odry układał się głównie w strefie wody niskiej, zaś stan wyobraźni poetyckiej – za sprawą Jacka Molędy – układał się w strefie poezji wysokiej. Bravo!

Na następne półwieku i całe wieki: Ad multos annos! Vivat poeta!

1 Jacek Molęda urodził się 11 lutego 1964 roku w Raciborzu. Z wykształcenia anglista, doktor nauk humanistycznych, obronił rozprawę doktorską na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Ostrawskiego. Wykładowca Instytutu Neofilologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu i nauczyciel I Liceum Ogólnokształcącego w Raciborzu. Członek Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Debiutował w 1984 r. na łamach “Tak i Nie”. Poeta, pisze felietony, tłumaczy współczesną poezję czeską. Do tej pory przełożył zbiór wierszy „Radobyl” Jiřígo Daehnego (Krnov, 2010), „Krajobraz w samotności słowa” Miroslava Černego (Opava ,2012) i „Jesteś moim signifié” Libora Martinka (Krnov, 2010). Stały współpracownik (felietonista) „Almanachu Prowincjonalnego”. Jego wiersze ukazały polskich i czeskich antologiach, almanachach i czasopismach literackich, m. in. po polsku i przekładzie Václava Buriana na język czeski, w polsko-czeskiej antologii „Od słowa ke slovu” (2003) oraz w znanym czeskim czasopiśmie literackim Psí víno w przekładzie Libora Martinka. Do tej pory wydał pięć zbiorów wierszy: „Świadectwo tożsamości” (Racibórz 1995) (debiutancki tomik, ze słowem wstępnym Andrzeja Krzysztofa Torbusa), „Małe światy” (Racibórz 1999), „odtąd – dotąd” (Racibórz 2001), „Horyzont zdarzeń – Obzor událostí” (Krnov 2010) i „Wyszedłem po chleb – Šel jsem pro chleba” (Krnov 2013),

(dwa ostatnie w przekładzie Libora Martinka na język czeski). Biogram ze strony: www.zlp-krakow.pl

2 J. Molęda, Świadectwo tożsamości [skrót: Śt], Wyd. „Nowa”, Racibórz 1995.

3 J. Daehne, J. Molęda, Radobýl, Horyzont zdarzeń [skrót: Hz], Městská knihovna v Krnově, Krnov 2010.

4 J. Molęda, Wyszedłem po chleb (Šel jsem pro chleba) [skrót: Wpch], tł. L. Martinek, bnw, Krnow 2013.

5 J. Molęda, odtąd – dotąd, Wyd. „Omnia”, Racibórz 2001.

___

________________________________________________________________________

XI MIĘDZYNARODOWY KONKURS POETYCKI „SEN O KARPATACH”

Piwniczna Zdrój 2014

Bo w górach jest wszystko co kocham” – J. Harasymowicz

Kolejna XI edycja Międzynarodowego Konkursu Poetyckiego „Sen o Karpatach” przypada w roku pełnym ważnych wydarzeń kulturalnych, rocznic, które na pewno zainspirują uczestników do szerokiego spojrzenia i różnorodnych realizacji hasła: Sen o Karpatach. Wspomnieć warto o rocznicach poetów, pisarzy, muzyków, których życie lub dzieło związane są z górami: Kornel Makuszyński- 130 rocznica urodzin, Stanisław Ignacy Witkiewicz – 75 rocznica śmierci, Stanisław Wyspiański – 145 rocznica urodzin, Mieczysław Karłowicz – 105 rocznica śmierci, Jerzy Harasymowicz – 15 rocznica śmierci. Obchodzony jest w Polsce rok Kolberga, którego przebogaty dorobek bliski jest idei konkursu. Oczekujemy na kanonizację Jana Pawła II, który ukochał góry i przemierzył szlaki karpackie i beskidzkie. Te tematy mogą podsunąć wyobraźni twórców nowe obrazy, skojarzenia i w konsekwencji nowe wizje realizacji poetyckich na konkurs, w którego centrum pozostaje zawsze krajobraz, człowiek, przyroda, tradycja gór.

  1. Konkurs będzie rozegrany w dwu kategoriach wiekowych:

Kategoria I – młodzież do lat 20

Kategoria II – dorośli

  1. Wiersze w ilości 1 – 3 nigdzie nie publikowane, nie biorące udziału w innych konkursach, należy nadsyłać w trzech egzemplarzach pod adresem MGOK w nieprzekraczalnym terminie do 25 czerwca 2014 roku (decyduje data stempla pocztowego).

Na kopercie należy zaznaczyć kategorię: I – młodzieżowa lub II – dorośli W oddzielnej kopercie podpisanejwyłącznie godłem należy zamieścić dane personalne, adres mailowy, numer telefonu. Każdy wiersz w trzech egzemplarzach wydruku komputerowego lub maszynopisu powinien być podpisany tym samym godłem. Organizatorzy zastrzegają sobie prawo prezentacji danych osobowych dla potrzeb konkursu oraz publikacji nagrodzonych i wyróżnionych (także drukiem) prac w prasie i wydawnictwie pokonkursowym.

  1. Komisja pod przewodnictwem krakowskiego poety i krytyka Józefa Barana oceni nadesłane wiersze. Laureaci i wyróżnieni w konkursie zostaną o tym fakcie powiadomieni po zakończeniu prac Komisji.
  2. Ogłoszenie wyników i wręczenie nagród nastąpi 24 sierpnia 2014 r. w Piwnicznej.
  3. 5. Dla laureatów I kategorii przewidziano nagrody rzeczowe, laureat Grand Prix i laureaci I -III miejsca w II kategorii otrzymają nagrody pieniężne. Nagrodę specjalną z racji 15-lecia Wrzosowiska otrzyma autor najlepszego wiersza (wierszy) inspirowanych postacią Jana Pawła II w kontekście gór. Wszyscy wyróżnieni otrzymają upominki rzeczowe. Przewiduje się także specjalną nagrodę dla najlepszego autora z terenu miasta i gminy Piwniczna.
  4. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie.
  5. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu.
  6. Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów.

Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia:

Grand Prix – 1000 zł

I nagroda – 700 zł

II nagroda – 500 zł

III nagroda – 400 zł

Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.

Konkurs organizują miejscowi twórcy, Miejsko –Gminny Ośrodek Kultury w piwnicznej-Zdroju i Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy ze znaczącym wsparciem współorganizatora, którym jest Dyrekcja Lasów Państwowych w Krakowie.

Do udziału w konkursie zapraszamy parających się piórem ludzi kultur pogranicza: Polaków, Słowaków i Łemków, także ludzi, którzy góry znają i kochają i potrafią dostrzec bogactwo i złożoność tematyki związanej z hasłem konkursu.

Adres organizatora

Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury

Rynek 11, 33-350 Piwniczna Zdrój

tel. 18 4464 157,

e-mail: mgok_piwniczna@onet.pl

___________________________________________________________________________

 

PALETA ZMYSŁÓW EMILII FRANKOWSKIEJ

Emilia Frankowska jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Szkoły Muzycznej II stopnia w Radomiu na specjalności: śpiew klasyczny. Pracuje jako nauczyciel-bibliotekarz w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabo Widzących w Radomiu, co szczególnie uwrażliwia ją na drugiego człowieka. Smak i zapach życia jest jej trzecim autorskim tomikiem poezji. Zachwyca kolorami i optymizmem, a w klimat ten wprowadza nas autorka już od samego początku barwną okładką książki. Wiersze Frankowskiej pachną słodko i dojrzale, z wierszy Frankowskiej kapie sok i miód.

Życie smakuje

Jak koktajl dobrych dni.

Parzy

Goryczą zniechęcenia.

Jest słone

Jak morze czekania

I kwaśniejsze

Niż cytryny bólu.

Warto je smakować

Na każdym kroku.

W całości…

[*** Życie smakuje]

Zima pachnie

Jak cynamon

I ożywcza cierpkość imbiru.

Uprawia korzenną aromaterapię.

[…]

Zima smakuje

Słodyczą lukrowanych pączków

Oraz grzanym winem

Z goździkami.

[…]

[Smak i zapach zimy, frag.]

Poeci najczęściej na papier przelewają żal, smutek, rozpacz. W ten sposób wyrzucają z siebie ból i rozczarowanie. Frankowska ma znacznie rzadszy dar. Potrafi patrzeć na świat przez różowe okulary. Z uśmiechem podchodzi do codzienności, patrzy przez pryzmat kwiatów, drzew, owoców. Dzięki temu życie staje się znacznie barwniejsze i bardziej wyraziste. Soczyste, ciekawe i bardziej łaskawe dla człowieka.

Wsiądę w taksówkę marzeń.

Szoferem jest los.

Ruszę w nieznane.

Licznik bije.

Czas –

Nie czeka.

Czym zapłacę za jazdę?

Łzami, rozpaczą,

Rozczarowaniem,

Życiową mądrością…

Wezmę kredyt nadziei.

Odsetki płaci się

W uśmiechu

I dobrych uczynkach,

Słowach…

Jestem u celu.

Taksówka staje.

Przystanek o nazwie…

Starość.

[*** Wsiądę w taksówkę marzeń]

Przedszkolni odkrywcy kipią

Ciekawością,

Jak tysiące czajników.

[Odkrywanie świata, frag.]

Tomik Emilii Frankowskiej jest niezwykłą lekturą dla każdego czytelnika, niezależnie od wieku, płci, czy momentu życiowego, w jakim się znajduje. To pogodna lektura, która umili czas, wywoła uśmiech, poprawi humor. Język Frankowskiej jest charakterystyczny, pełen porównań i ciekawych metafor. Rzadko pojawiają się proste i znane z literatury określenia, typu: miłość jak dzikie wino… Pomimo prostych tematów, środki stylistyczne są piękne, słowa ciekawie kojarzone, ale bez wyrafinowanego i wyszukanego, przez co często sztucznego – podejścia.

Słodka słoność bryndzy

[…]

Mały atom

Górskości…

Monumentalny rododendron,

[…]

Jest łukiem tryumfalnym

Botaniki.

Krem,

Jedwabiem konsystencji,

Zagłębia się

W wulkany porów.

[…]

Znika w zachłannych,

Głodnych pieszczoty,

Komórkach.

Złote słoneczka

Smażonej cebuli

Toną w łagodnej plastelinie

Ziemniaczanego puree.

Ziarniste krople słów.

Miodowe łuny uśmiechu.

[…]

Brygada kropel rosy

Skacze niewinnie

W zieleń łąki.

[…]

[…]

Kalafior – orator

Przemawia na trybunie…

Zupy.

Nie miałam okazji osobiście poznać autorki, dzięki temu oceny dokonuję wyłącznie na podstawie poznanych utworów. Z wierszy przebija radosna natura człowieka świadomego piękna, człowieka, który wie, czego chce, co jest ważne w życiu, czym nie warto się przejmować. Starość jest czymś normalnym, to przystanek w życiu człowieka, to nie jest koniec świata, starość nie musi być czymś strasznym. Jako pedagog i nauczyciel nie potrafi przejść obojętnie obok skrzywdzonego człowieka. Zauważa zewnętrzne utrudniające życie kalectwo, ale co ważniejsze, dostrzega wielkie, pragnące wznieść się ponad trudną codzienność – serce. Nie ucieka, nie boi się, nie odwraca i tego próbuje nauczyć swojego czytelnika. To, co jest trudne i niebezpieczne też może być piękne i ciekawe.

Mleczna organtyna mgły

Spływa na jądro świata.

Zamazuje obraz rzeczywistości.

Staje się

Pięknym pryzmatem

Dla trudnych

Rejsów samochodowych.

[…]

Przebija się słońce

Przez łabędzi śpiew mgły.

[…]

Czas znika jak

Tiul mgły.

[Mgła, frag.]

Na koniec warto wspomnieć o innym ważnym temacie tekstów Frankowskiej, obok kwiatów, drzew i owoców pojawiają się podróże po różnych zakątkach świata: Holandia, Paryż, Egipt, Petersburg, Londyn, Indie. Podróże to jedna z pasji autorki, a dzięki niej czytelnik, nie wychodząc z domu poznaje i smakuje te piękne miejsca.

Aneta Kielan-Pietrzyk

Emilia Frankowska Smak i zapach życia

Wyd. Signo, Kraków, 2013

 

Zapraszam do obejrzenia galerii!

___________________________________________________________________________________________

WSZYSCY JESTEŚMY GARBUSAMI?

Na takie m.in. pytanie starali się odpowiedzieć 19 marca br. goście Miejskiej Biblioteki Publicznej im. J. Szujskiego w Nowym Sączu podczas XXV Sądeckich Duetów Literackich. O powieści Danuty Sułkowskiej„Garbus” rozmawiali Wojciech Kudyba i Grzegorz Rapcia. Obecna na promocji książki autorka, przysłuchiwała się dyskusji, a następnie odpowiadała na pytania czytelników.

Prezentowana książka jest opowieścią o kondycji ludzkiej, o ciążeniu ku ziemi przy jednoczesnej ciągłej i niezmiennej konieczności wzbijania się ponad nią. O potrzebie autokreacji w głębokim, artystycznym sensie, ale i tworzeniu pozorów dla cudzych oczu. O próżności i małostkowości, od których nie są wolne nawet najlepsze charaktery.

Tytułowy garbus niesie na swoich plecach wielki ciężar: ciężar życia, sporów rodzinnych i trudnych wspomnień, klęsk twórczych i zawiedzionych nadziei. Wszystko to naznacza jego ciało, odkształca je i gnie, aż staje się ono pokraczne i brzydkie. Ale na jego pozorne kalectwo – jego garb – składają się także sukcesy, aspiracje, uczucia, przyszłe dzieła i niegasnące pragnienia. I to wszystko sprawia, że ten pokraczny człowieczek olbrzymieje, jak cień na ścianie, gdy zmienia się światło. Tytułowy garbus odbija się w każdym z bohaterów tej książki: w uzdolnionym artyście i niepoprawnym grafomanie, w starej ciotce i dziwnej staruszce, próbującej usypać górę, która zmieni świat. Jest everymanem, każdym.

Garbus to książka o tych, którzy w poszukiwaniu wielkich idei gubią się w pustych kategoriach pojęć, ale i o tych, którzy, stopieni z rzeczywistością, sięgają głębiej, niż by się sami spodziewali sięgnąć. Ta dwoistość towarzyszy bohaterom na każdym kroku – w zmaganiach z banalną codziennością, ale też w wewnętrznych sporach i rozgrywkach z własną duszą. Definiuje ich i wyznacza cele podróży – zarówno tych z garbem plecaka, jak i garbem doświadczeń, obaw, pragnień, aspiracji…

Justyna Sulima

Tytułowy bohater powieści Danuty Sułkowskiej Garbus skupia w sobie wszystkie pożądane cechy uznanego krytyka literackiego i pisarza w jednej osobie – jest człowiekiem z krwi i kości, i jednocześnie postacią alegoryczną. Jest to możliwie, ponieważ jako „osoba fabularna” wykreowana przez Autorkę, stając się symbolem wielu wartości naraz, został wyposażony w specyficzną dla twórców nadwrażliwość.

Wbrew temu, co sugeruje tytuł, powieść nie jest o ludziach ułomnych, a Garbus nie rozpycha się na kartach książki ani sylwetką ani swoim autorytetem. Jednak związana z nim legenda nabiera szczególnego ideowego znaczenia w odniesieniu do innych postaci z artystycznego środowiska literackiego.

Czytelnika, który wnikliwie zacznie analizować perypetie bohaterów i spróbuje zaprzyjaźnić się z opiniami doświadczonych literatów, jak Mikołaj czy Gustaw, czeka miła niespodzianka, którą sygnalizuje układ rozdziałów.

Garbus bowiem, jak każda współczesna powieść, jest utworem wielopłaszczyznowym – miejscami esejem, miejscami dziennikiem, a jednak akcja ani na moment nie traci nic ze swej wartkości. Atrakcyjność powieści podkreślają liczne wątki magiczne, jak choćby moc sypanego pagórka.

Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

 

Zapraszam do obejrzenia galerii!

___________________________________________________________________________

NIE WIERZĘ W MIŁOŚĆ, A ONA BEZCZELNIE

WPATRUJE SIĘ W MOJE PRZYMKNIĘTE OCZY*

– Powiedz mi, jak mnie kochasz.

– Powiem

– Więc?

(fragm. Rozmowy lirycznej, K.I.Gałczyńskiego)

I powiedzieli. Popłynęły strofy, od czasu do czasu przerywane dźwiękami utworów wykonywanych przez Barbarę Leśniak.

Nie można było wyobrazić sobie lepszego miejsca na spotkanie w wigilię walentynek, niż krakowski Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”. Sama atmosfera wnętrza, dekoracyjne stiuki na suficie i amorki spoglądające z góry na tych, którzy mówili o miłości najpiękniej, jak potrafią, bowiem mówili językiem poezji, miała niebagatelne znaczenie. I myliłby się ten, który sądziłby, że na temat najpiękniejszego z uczuć powiedziano wszystko i to na wszelkie znane ludziom sposoby….

 

 

PALETA ZMYSŁÓW EMILII FRANKOWSKIEJ

Emilia Frankowska jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Szkoły Muzycznej II stopnia w Radomiu na specjalności: śpiew klasyczny. Pracuje jako nauczyciel-bibliotekarz w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabo Widzących w Radomiu, co szczególnie uwrażliwia ją na drugiego człowieka. Smak i zapach życia jest jej trzecim autorskim tomikiem poezji. Zachwyca kolorami i optymizmem, a w klimat ten wprowadza nas autorka już od samego początku barwną okładką książki. Wiersze Frankowskiej pachną słodko i dojrzale, z wierszy Frankowskiej kapie sok i miód.

Życie smakuje

Jak koktajl dobrych dni.

Parzy

Goryczą zniechęcenia.

Jest słone

Jak morze czekania

I kwaśniejsze

Niż cytryny bólu.

Warto je smakować

Na każdym kroku.

W całości…

[*** Życie smakuje]

Zima pachnie

Jak cynamon

I ożywcza cierpkość imbiru.

Uprawia korzenną aromaterapię.

[…]

Zima smakuje

Słodyczą lukrowanych pączków

Oraz grzanym winem

Z goździkami.

[…]

[Smak i zapach zimy, frag.]

Poeci najczęściej na papier przelewają żal, smutek, rozpacz. W ten sposób wyrzucają z siebie ból i rozczarowanie. Frankowska ma znacznie rzadszy dar. Potrafi patrzeć na świat przez różowe okulary. Z uśmiechem podchodzi do codzienności, patrzy przez pryzmat kwiatów, drzew, owoców. Dzięki temu życie staje się znacznie barwniejsze i bardziej wyraziste. Soczyste, ciekawe i bardziej łaskawe dla człowieka.

Wsiądę w taksówkę marzeń.

Szoferem jest los.

Ruszę w nieznane.

Licznik bije.

Czas –

Nie czeka.

Czym zapłacę za jazdę?

Łzami, rozpaczą,

Rozczarowaniem,

Życiową mądrością…

Wezmę kredyt nadziei.

Odsetki płaci się

W uśmiechu

I dobrych uczynkach,

Słowach…

Jestem u celu.

Taksówka staje.

Przystanek o nazwie…

Starość.

[*** Wsiądę w taksówkę marzeń]

Przedszkolni odkrywcy kipią

Ciekawością,

Jak tysiące czajników.

[Odkrywanie świata, frag.]

Tomik Emilii Frankowskiej jest niezwykłą lekturą dla każdego czytelnika, niezależnie od wieku, płci, czy momentu życiowego, w jakim się znajduje. To pogodna lektura, która umili czas, wywoła uśmiech, poprawi humor. Język Frankowskiej jest charakterystyczny, pełen porównań i ciekawych metafor. Rzadko pojawiają się proste i znane z literatury określenia, typu: miłość jak dzikie wino… Pomimo prostych tematów, środki stylistyczne są piękne, słowa ciekawie kojarzone, ale bez wyrafinowanego i wyszukanego, przez co często sztucznego – podejścia.

Słodka słoność bryndzy

[…]

Mały atom

Górskości…

Monumentalny rododendron,

[…]

Jest łukiem tryumfalnym

Botaniki.

Krem,

Jedwabiem konsystencji,

Zagłębia się

W wulkany porów.

[…]

Znika w zachłannych,

Głodnych pieszczoty,

Komórkach.

Złote słoneczka

Smażonej cebuli

Toną w łagodnej plastelinie

Ziemniaczanego puree.

Ziarniste krople słów.

Miodowe łuny uśmiechu.

[…]

Brygada kropel rosy

Skacze niewinnie

W zieleń łąki.

[…]

[…]

Kalafior – orator

Przemawia na trybunie…

Zupy.

Nie miałam okazji osobiście poznać autorki, dzięki temu oceny dokonuję wyłącznie na podstawie poznanych utworów. Z wierszy przebija radosna natura człowieka świadomego piękna, człowieka, który wie, czego chce, co jest ważne w życiu, czym nie warto się przejmować. Starość jest czymś normalnym, to przystanek w życiu człowieka, to nie jest koniec świata, starość nie musi być czymś strasznym. Jako pedagog i nauczyciel nie potrafi przejść obojętnie obok skrzywdzonego człowieka. Zauważa zewnętrzne utrudniające życie kalectwo, ale co ważniejsze, dostrzega wielkie, pragnące wznieść się ponad trudną codzienność – serce. Nie ucieka, nie boi się, nie odwraca i tego próbuje nauczyć swojego czytelnika. To, co jest trudne i niebezpieczne też może być piękne i ciekawe.

Mleczna organtyna mgły

Spływa na jądro świata.

Zamazuje obraz rzeczywistości.

Staje się

Pięknym pryzmatem

Dla trudnych

Rejsów samochodowych.

[…]

Przebija się słońce

Przez łabędzi śpiew mgły.

[…]

Czas znika jak

Tiul mgły.

[Mgła, frag.]

Na koniec warto wspomnieć o innym ważnym temacie tekstów Frankowskiej, obok kwiatów, drzew i owoców pojawiają się podróże po różnych zakątkach świata: Holandia, Paryż, Egipt, Petersburg, Londyn, Indie. Podróże to jedna z pasji autorki, a dzięki niej czytelnik, nie wychodząc z domu poznaje i smakuje te piękne miejsca.

Aneta Kielan-Pietrzyk

Emilia Frankowska Smak i zapach życia

Wyd. Signo, Kraków, 2013

JUBILEUSZ PRACY TWÓRCZEJ Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej

15 stycznia 2014 · · Miejsce wykonania: Hotel Rubinstein, Krakow

 

JUBILEUSZ PRACY TWÓRCZEJ Joanny Krupińskiej-Trzebiatowskiej
Prowadzenie: Magdalena Węgrzynowicz-Plichta
Oprawa muzyczna:
Agnieszka Kuk – śpiew
Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska – akompaniament
Mecenat: Marzena i Krzysztof Pierścionkowie